Выбрать главу

Patrzę z mostku na przygotowania do spotkania sztor­mu, czynione pod kierunkiem Borrasza. Przypomina mi się ostatnia jego przygoda, która nasuwa porównanie sta­rego marynarza z albatrosem - obaj na lądzie są bezrad­ni. Borrasz od dziecka przyzwyczajony do desek pokładu, gdy o dwa tygodnie wcześniej od całej naszej grupy wyru­szył z Konstancy na nowo budujący się statek do Mon­falcone - zginął w drodze między Rumunią a Włochami. Na depeszę z Monfalcone: „ Co się stało z Borraszem?” nikt z nas nie umiał odpowiedzieć. Stary bosman zaginął w Europie wśród narodów nie posiadających dostępu do morza. Sprawa się wyjaśniła dopiero po nadejściu do Konstancy listu adresowanego do Jana Dominika, sterni­ka manewrowego. Borrasz pisał: „Janku, jak będziesz je­chał do Monfalcone, to nie jedź sam. Ja zajechałem aż do Wiednia. Ładne miasto, ale byłem tam zupełnie niepo­trzebnie i drogo za to musiałem zapłacić.” List ten wpra­wił naszego sternika manewrowego w panikę na samą myśl o podróży lądem. Od chwili rozpoczęcia podróży z Konstancy przedsięwziął on wszystkie możliwe środki ostrożności, by się ustrzec przed zobaczeniem Wiednia.

Teraz Borrasz pieczołowicie sprawdza każde umocnie­nie i każdą nakrętkę przy zasłonach. Cieśla wraz z lajtkami[46] przegląda zamocowania luków ładunkowych i roz­mieszcza na brezentach dodatkowe liny, które krzyżując się tworzą pajęcze sieci. Poza tym kontroluje, czy łodzie ratunkowe oraz tratwy są odpowiednio zabezpieczone. Z pokładów zabiera się to, co nie będzie potrzebne „na po­lu walki”, a może być zmyte za burtę.

Wreszcie wszystko jeszcze raz zostaje sprawdzone przez „czwartego” oraz starszego oficera. Ten ostatni melduje kapitanowi, że pokład jest przygotowany do spotkania sztormu.

* * *

Chmury i długa martwa fala są pierwszymi zwiastunami nadchodzącej walki. Po pierwszym dużym przechyle tele­fon od intendenta na mostek oznajmia, że całe towarzy­stwo siedzące w salonie zostało rzucone razem z meblami na burtę statku, pomimo iż wszystkie sprzęty były zamo­cowane i do sztormowania przygotowane. Jeden z pasa­żerów ma prawdopodobnie złamaną nogę. Radzimy in­tendentowi, by kazał przywiązać meble linami, skoro przewidziane przez stocznię mocowania puściły. Wiado­mość ta nasuwa nam pytanie: co się będzie działo pod­czas sztormu? Na razie jest przecież tylko martwa fala.

Fala stale się zwiększa. Przychodzi wiatr. Wzrasta szybko na sile. Wzmaga się do ośmiu stopni w skali Beauforta, w porywach dochodzi już do dziewięciu. Z niecierpliwością śledzimy zachowanie się statku na fali. Czy będzie się na nią wspinał? Czy przetnie ją i osłabi uderzenie?

Nic z tego! Jak gdyby wierny swej widzianej od przodu sylwetce słonia, wali głową jak taranem w podnóża fal, pozwala rozszalałej kipieli wdzierać się na pokład i z całą furią uderzać w przednie płaszczyzny nadbudówek. Tysią­ce ton wody, której własna prędkość sumuje się z pręd­kością idącego naprzeciwko niej statku - szturmują z podwójną siłą. Manewry maszynami i zmniejszenie szyb­kości statku nieznacznie tylko łagodzą uderzenia.

Prawie bezradni przyglądamy się, jak cały dziób ginie pod białym pióropuszem, dymiącym ponad czarną falą. Po kilku takich uderzeniach spostrzegamy, że przy pierw­szej ładowni ukazują się czarne, wijące się wstęgi. Po­strzępione, cienkie wznoszą się nieomal pionowo ku gó­rze. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, skąd się wzięły, z czego powstały? Wreszcie w stalowych wstęgach rozróż­niamy szczątki grubych żelaznych schodów, prowadzą­cych z głównego pokładu na pokład przy drugiej ładow­ni. Z olbrzymich, masywnych trapów pozostały wspo­mnienia.

Przez lornetki zaczynamy badać cały bak. Nad windą kotwiczną rysują się zabawne rogi. Są to rączki hamulców wind kotwicznych ze stali grubości nadgarstka do­rosłego mężczyzny. Wygięte przez falę do góry - przy­brały postać motylich skrzydeł.

Sztormujemy teraz bez oglądania się na ortodromę Rockall - Cape Race. Odnosimy wrażenie, że kształt statku oraz grubość i wytrzymałość materiału nie nadają się do walki z północnym Atlantykiem. Przyjmujemy na pokład prawie wszystkie fale, które są coraz większe.

Szybkość statku jest zmniejszona do minimum koniecz­nego dla utrzymania go w pożądanym położeniu w sto­sunku do fali. Musimy oprócz tego stale pomagać maszy­nami w sterowaniu, usiłując zapobiec „czemuś” - czego sami nie jesteśmy nawet w stanie przewidzieć. Czujemy, że nie rozumiemy nowego transatlantyku i nie potrafimy nim manewrować podczas sztormu z taką pewnością, jak to miało miejsce na naszych starych „klejnotach”.

Kapitan od pierwszej podróży nowojorskiej jest ciężko chory. Obecnie jedynie wielkie jego poczucie obowiązku kazało mu się przenieść na stałe do nawigacyjnej. Leży na tapczanie, wychodząc od czasu do czasu na mostek.

Fala jest już tak duża, że zaczynamy się niepokoić o szyby statku, na które nie zostały przewidziane zasłony. Instynktownie, przy każdej wchodzącej fali przysiadamy tak, by nie być na linii okien.

Znów nadchodzi olbrzymia fala. Nie pomagają żadne manewry maszynami. Statek włazi dziobem w samo nie­omal podnóże tej ogromnej góry. Przysiadamy pod okna­mi. Sternik, widząc nas przykucniętych, również przysia­da za sterem. W tej samej chwili z hukiem pryskają okna. Cały mostek zalany jest wodą. Wyprostowujemy się. Przez pozbawione szyb okna widać czarne niebo. Sternik zwraca naszą uwagę na odłamki szkła wbite w ścianę za kołem sterowym. Tkwią na wysokości jego głowy.

W historii walk statków ze sztormami znane są wypad­ki zmycia skrzydeł mostku wraz z oficerami, zmycia łodzi ratunkowych, wgniecenia ścian, przesunięcia ładunku lub otwarcia ładowni. Nie dzieje się więc nic nowego na naszym statku, a jednak jesteśmy głęboko zawiedzeni w swej dumie z posiadania najbardziej nowoczesnego trans­atlantyku.

Nadchodzi noc z wciąż wzmagającym się wiatrem i fa­lą. Zmienia się stopniowo wysokość oraz długość fali. Zmiany te każą i nam wciąż zmieniać prędkość. Nie prze­stajemy manewrować maszynami starając się iść jak naj­wolniej, co doprowadza niekiedy do zupełnego wytrace­nia szybkości. Jednocześnie w żadnym wypadku nie mo­żemy dopuścić, by z tego powodu statek znalazł się bo­kiem do fali.

Przed północą, po nowym, jeszcze silniejszym uderze­niu fali - wbrew wszystkim przepisom prawa międzyna­rodowego o noszeniu świateł przez statek - zapalają się naraź lampy na kolumnach bomów ładunkowych, używa­ne wyłącznie w porcie przy pracy w ładowniach. Orgia świateł odbita w pyle wodnym, niesionym przez sztormo­wy wiatr, oślepia nas na mostku swym blaskiem. Jakby tego było mało, zaczynają dzwonić alarmowe urządzenia świateł pozycyjnych, do których wdarła się woda przez pozbawione szyb okna mostku. Słychać syk tlącej się izo­lacji przewodów.

вернуться

46

Lajtek - młodszy marynarz (z niemieckiego).