Nasi goście - rycerze - zjawili się na mostku. Widząc zapalone na fordeku[47] lampy z wyraźnym zdziwieniem w głosie pytają, czy zawsze zapalamy światła przed godziną dwunastą w nocy, by oświetlić drogę idącym z dziobu na zmianę wachty marynarzom? Zdajemy sobie sprawę, iż zupełnie się nie orientują w sytuacji, ale czujemy się upokorzeni tłumacząc im, że statek okazał się za słaby, bierze falę na pokład i jest tak poszarpany, że woda wdziera się we wszystkie połączenia na tablicach rozdzielczych i do wszystkich przyrządów na mostku pozbawionym szyb.
Zmuszeni jesteśmy w końcu odciąć dopływ prądu do odpowiednich tablic rozdzielczych, ponieważ pomimo że światła nad ładowniami są wyłączone - palą się one bez przerwy.
Zdaję wachtę i idę na inspekcję statku. Piękne salony przeistoczyły się w składy mebli przymocowanych linami do wytwornych kolumn wspierających sufity. Przechodzę przez sekcję kabin pasażerskich przylegających do przedniej części statku. Naraz, w chwili gdy statek robi głęboki przechył na dziób, z jednej z kabin wybiega pasażerka. Trzyma się kurczowo poręczy biegnącej wzdłuż korytarza. Podchodzę, by jej pomóc. Pasażerka spostrzega mnie i dygocąc ze strachu, woła:
- Panie, w szafie, w kabinie woda!
Wchodzę szybko do kabiny. Drzwi szafy szeroko otwarte, na dole w szafie przelewa sią woda. Uspokajam pasażerkę, że to lekki przeciek z umywalki wskutek kołysania i że zaraz przyślę jej stewardesę, która zaopiekuje się jej rzeczami w szafie.
W drugim korytarzu jest jeszcze gorzej. W rytm przechyłów statku przelewa się tam duża struga wody. Woda raz leci w kierunku dziobu, to znów z szumem pędzi w kierunku rufy. Na razie nic bardziej ciekawego nie wykrywam. Domyślam się, że wgnieciosa została przednia ściana nad drugą ładownią.
Wracam na mostek. Kapitan każe zmierzyć natychmiast stan wody w zęzach. Dziobowe zęzy wykazują znaczny jej przybór. Idziemy z bosmanem Borraszerh sprawdzić pomieszczenia i magazyny na dziobie statku. To, cośmy ujrzeli, przypomina rysunkowe filmy Disneya z myszką Mickey Mouse. Wszystkie stojaki podpierające główny pokład i drabinki prowadzące do pomieszczeń są dziwacznie powyginane, jakby pracowała tu wyobraźnia artysty. Ale jest to straszna rzeczywistość, od której' jeżą się włosy na głowie. Bosmanowi, co prawda, włosy nie mogą się jeżyć, bo je już dawno rozsiał po wodach siedmiu mórz. Zdejmuje czapkę, robi znak krzyża i mówi głośno po kaszubsku:
- Diachli!
Nie bardzo to jedno do drugiego pasuje, ale zgadza się z obrazem rzeczywistości: główny pokład osiadł przeszło o stopę.
Nie możemy na razie nic zmienić w sytuacji statku. Fale i wiatr zmuszają nas do tego, że idziemy na północ zamiast na zachód.
Kapitan czuje się coraz gorzej. Ma silną gorączkę. Wychodzenie na mostek z wybitymi szybami pogarsza jego stan.
Cały następny dzień mija bez żadnej zmiany. Wieczorem woda wdziera się w przewody alarmowej sieci przeciwpożarowej. Dzwonią aparaty „wykrywaczy ognia" w kabinach i ładowniach. Fioletowe światła wskaźników obrotów rzucają upiorne refleksy na przelewającą się po mostku wodę. Cala nasza uwaga jest napięta, by nie pozwolić wodzie wedrzeć się na dziób i jednocześnie - nie dopuścić do bocznego uderzenia fali.
Znowu potężne uderzenie, którego nie udało się uniknąć. "Cały statek dygoce. Woda zalewa ponownie tablice rozdzielcze i aparaty na mostku. Znów dzwonią wszystkie dzwonki alarmowe. Silniej czuć zapach tlącej się izolacji. Mamy też nowe uszkodzenie kadłuba, pękło poszycie.
„Szósty" lubi cytować poetów. Mając na myśli spokojnie śpiących w kabinach pasażerów mówi półgłosem: - „Cierpimy za miliony".
Manewrujemy statkiem z najwyższą uwagą. Wydaje się nam, że jest on zrobiony z tektury. Staramy się nie dopuścić do jego rozpadnięcia i zatopienia tysiąca przeszło ludzi, którzy śpią teraz spokojnie w kojach, przyzwyczajeni już do trwających od kilku dni przechyłów na dziób i na rufę.
„Szósty", który skrzętnie wszystko notuje w dzienniku okrętowym, w pewnej chwili wraca z nawigacyjnej z wiadomością, że kapitan chce mnie widzieć.
Kapitan leży na tapczanie. Jest na ścisłej diecie i ma nadal gorączkę. Pyta mnie, czy wiatr się nie zmienia i czy jest potrzebny na mostku? Melduję, że już przystosowaliśmy się do fali i od dłuższego czasu nie mieliśmy silniejszego uderzenia, które mogłoby spowodować nowe szkody.
Kapitan jest zupełnie wyczerpany. Prosi, abym postarał się zrobić coś z dzwonkami, żeby mógł odpocząć od nich nerwowo.
Na chwilę pozostawiam „szóstemu” pilnowanie kursu i szybkości. Do kabiny mam z mostku dwa kroki. Wpadam do niej i zabieram pęk chusteczek do nosa. Zapełniam nimi czasze dzwonków alarmowych na tablicach świateł pozycyjnych oraz „wykrywaczy ognia”. Nie możemy ich wyłączyć spod prądu, gdyż zgasłyby również przepisowe światła statku oraz pozbawieni bylibyśmy ostrzeżenia na wypadek pożaru. A pożar jest całkiem możliwy w wyniku spięć w przewodach, które przecież zalane zostały wodą wdzierającą się przez uszkodzenia. Wciąż więc kontrolujemy „wykrywacze ognia” sprawdzając, czy nie podają numeru zagrożonej pożarem sekcji. Coraz silniejszy swąd tlącej się izolacji przypomina nam o tym nowym niebezpieczeństwie, gotowym w każdej chwili wybuchnąć.
Po zakneblowaniu chusteczką ostatniego dzwonka alarmowego zapanowuje na mostku względna cisza. Zamiast poprzedniego, donośnego dźwięku bijących na alarm młoteczków, słyszymy teraz jedynie ich drgania. Wydaje się nam, że to trzepot skrzydeł ptaków walczących o życie.
Na jasnych smugach świateł w' telegrafach maszynowych czernią się litery napisów wskazujących podaną do maszyny prędkość. Fioletem mienią się strzałki wskazujące ilość obrotów każdej śruby. Godziny na tej wachcie zdają się mieć potrójną ilość minut. Czas się wlecze, zatrzymując się często wraz z naszym oddechem przy każdej nadchodzącej górze wodnej, która może nas pogrzebać.