Выбрать главу
* * *

Ranek przynosi zmianę kierunku wiatru i spadek jego si­ły. Po południu kładziemy się na wyimaginowaną - jak nam się zdaje - przez kapitana w gorączce ortodromę.

Pozycji obserwowanej nie mamy już od kilku dni. O świ­cie starszemu oficerowi udaje się zmierzyć wysokość dwu gwiazd. Otrzymana z nich pozycja prawie się pokrywa z podaną przez kapitana. Życie na statku, w miarę zmniej­szania się przechyłów na słabnącej fali, wraca z wolna do normy. Meble zajmują swoje miejsca. Poszarpany sztor­mem statek jest znów prawie że gotów do porannej ins­pekcji kapitana.

Przed wzięciem pilota kapitan zjawia się na mostku. Trzyma się - według nas - z przyzwyczajenia do stwo­rzonej przez samego siebie dyscypliny statkowej.

Przycumowanie do naszego nabrzeża na Manhattanie kończy podróż oznaczoną w raportach symbolem „2 W” (druga podróż na zachód). W potrójnym tempie idzie wy­ładunek i załadunek statku. W takim samym tempie stocznia doprowadza nas „do pełnomorskiej zdolności nawigacyjnej”.

Zdobyte w sztormie doświadczenia zostają pieczołowi­cie przekazane dla budującego się w Monfalcone siostrza­nego statku m.s. BATORY.

Pomimo „opóźnionego przyjścia wychodzimy z Nowego Jorku według rozkładu. Rozpoczynamy podróż, której rozpoznawczym znakiem w papierach okrętowych będzie: „2 E” (druga podróż na wschód). Nadzieję, że wypocz­niemy po tamtym sztormie, rozwiewa sztormowy wiatr, który dogania nas po wyjściu z Halifaxu.

Dla odmiany fala uderza prawie z rufy. Chcąc się utrzymać na obranym kursie, pozwalamy statkowi kłaść się na boki. Niespodzianką są teraz dla nas gwałtowne boczne przechyły, przy których jesteśmy wyrzucani z koi nieomal na przeciwległą ścianę. Próby spania na po­przecznych kanapach, umieszczonych w tym celu w kabi­nach, są bezcelowe. Leżąc bowiem na kanapce, stajemy raz na głowie, raz na nogach i jedynie udajemy, że śpimy. Wracamy na koje.

Statek zachowuje się zupełnie odmiennie niż nasze sta­re, wypróbowane „klejnoty”. Gdy się położy na bok, na­myśla się, co zrobić dalej - czy przechylać się głębiej, czy też się wyprostować? Leżymy i z zapartym oddechem cze­kamy na każdorazową decyzję statku. Zmordowani tą pantomimą spania wychodzimy na wachtę. Podczas wachty - uczepieni telegrafów maszynowych - jesteśmy pochłonięci obserwowaniem nie tachometrów, lecz klinometru[48].

Kapitan znowu leży w nawigacyjnej na tapczanie, któ­ry - podobnie jak i nasze kanapki - umieszczony jest w poprzek statku. Zdajemy sobie sprawę, jak musi go mę­czyć to nie kończące się kołysanie. Znów ma dużą go­rączkę. Teraz jest o tyle lepiej, że na mostek na powrót dochodzi ciepło i nie ma tych denerwujących „sygnałów śmierci” w postaci samodzwoniących aparatów. Przechyły za to dochodzą do trzydziestu stopni.

O dziewiątej rano zjawia się na mostku radiotelegrafi­sta z depeszą do kapitana. Po chwili kapitan podaje nam do wiadomości, że według instrukcji otrzymanej od dy­rekcji GAL-u nie należy pozwalać statkowi na większe przechyły niż trzydzieści stopni maksymalnie. Poza tą granicą stateczność nie jest pewna. „W cichości ducha” rozumiemy tę instrukcję jako ostrzeżenie: jeśli przekroczy­my w przechyłach trzydzieści stopni, to się przewrócimy.

Wobec tego znowu zaczynamy sztormować. Tym ra­zem przyjmujemy walkę z rufy. I znów są chwile, w któ­rych statek nie słucha steru, zdradzając ochotę do wykrę­cania się bokiem do wiatru i fali. Teraz już z całą świado­mością boimy się przekroczyć feralną trzydziestkę. Każda zmiana sternika, nim ten przystosuje się do warunków, powoduje napięcie.

Przy zmianach wacht kapitan wychodzi jeszcze z nawi­gacyjnej na mostek. Jest to słaniający się, trawiony go­rączką szkielet.

Mijają dalsze dwa dni. Szybszy od statku sztorm zosta­wia nas wreszcie za sobą. W kabinie nawigacyjnej nie ma już kapitana. W dzienniku okrętowym widnieje tylko za­pis, że dowództwo statku zostało przejęte przez starszego oficera. Pod nim - podpisy kapitana i starszego oficera.

Przy dobrej pogodzie mijamy Pentland i Morze Pół­nocne. Jesteśmy wszyscy zgaszeni i nie wiemy, do kogo mieć pretensje o zawiedzione nadzieje, pokładane w tym statku. Pocieszamy się tylko tym, że takich samych błę­dów nie popełnią już na nowo budującym się „Batorym”.

Kapitan czuje się coraz gorzej.

Na redzie Gdyni bierzemy pilota. Wchodzimy do por­tu. Przed Dworcem Morskim stoi na nabrzeżu ambulans sanitarny, który ma zabrać kapitana. Odprowadzam go, leżącego na noszach, do ambulansu. Przed otwartymi drzwiczkami kapitan usiłuje wyciągnąć spod pledu rękę i robi nią ruch, jak gdyby chciał jak zwykle pierwszy zasa­lutować. Widzę, że chce coś powiedzieć. Nachylam się nad kapitanem, który usiłuje uśmiechnąć się pogodnie i szepcze:

- Znaczy, mam nie wyjaśnione dolegliwości żołądka i wątroby, przeziębione miedniczki nerkowe, zapalenie płuc, zapalenie ucha i krtani, ale, ZNACZY, poza tym je­stem zupełnie zdrów.

.Sanitariusze wstawiają nosze do karetki, która zaraz gi­nie mi z oczu.

Powiedzenie kapitana wydaje mi się znajome. Po chwili przypominam sobie, że w okresie, gdy rozczytywałem się w romansach historycznych i balladach rycerskich Waltera Scotta, natrafiłem na biografię tego tytana pracy, siły woli i rzetelności. Nieuczciwość wspólników wtrąciła go w długi. Pomimo bardzo słabego zdrowia postanowił własną pracą spłacić nie znanych mu nawet wierzycieli. Z narażeniem życia pracował dnie i noce, by zwrócić nie za­ciągnięte przez siebie długi. Gdy lekarze przypomnieli mu o wszystkich jego dolegliwościach, zaczynał je sam wyli­czać, dodając na końcu: „Poza tym jestem zupełnie zdrów”.

Usłyszane przed chwilą z ust kapitana zdanie różniło się tylko o jedno ulubione przez niego słowo: ZNACZY.

DAR

Siedziałem w kabinie przy biurku nad grubą księgą ma­teriałową przewracając kolejno kartki, na podstawie któ­rych należało zaopatrzyć statek na długie miesiące podró­ży i przewidzieć wszystko, co mu do życia w tym okresie będzie potrzebne. Praca ta w oparciu o doświadczenie ze­brane na statku byłaby formalnością, bez doświadczenia - wymagała analizowania długich kolumn liczb.

Odbiegłem myślami od poszczególnych pozycji zamó­wionych już materiałów, przypominając sobie kolejne eta­py drogi, jaka mnie do tej księgi doprowadziła. Zapocząt­kowało ją pukanie do drzwi kabiny na jednym ze statków pasażerskich, na którym pełniłem obowiązki starszego oficera. Sternik pełniący służbę przy trapie zameldował, że dwóch panów chce się ze mną widzieć.

вернуться

48

Klinometr - wskaźnik przechyłów statku.