Ranek przynosi zmianę kierunku wiatru i spadek jego siły. Po południu kładziemy się na wyimaginowaną - jak nam się zdaje - przez kapitana w gorączce ortodromę.
Pozycji obserwowanej nie mamy już od kilku dni. O świcie starszemu oficerowi udaje się zmierzyć wysokość dwu gwiazd. Otrzymana z nich pozycja prawie się pokrywa z podaną przez kapitana. Życie na statku, w miarę zmniejszania się przechyłów na słabnącej fali, wraca z wolna do normy. Meble zajmują swoje miejsca. Poszarpany sztormem statek jest znów prawie że gotów do porannej inspekcji kapitana.
Przed wzięciem pilota kapitan zjawia się na mostku. Trzyma się - według nas - z przyzwyczajenia do stworzonej przez samego siebie dyscypliny statkowej.
Przycumowanie do naszego nabrzeża na Manhattanie kończy podróż oznaczoną w raportach symbolem „2 W” (druga podróż na zachód). W potrójnym tempie idzie wyładunek i załadunek statku. W takim samym tempie stocznia doprowadza nas „do pełnomorskiej zdolności nawigacyjnej”.
Zdobyte w sztormie doświadczenia zostają pieczołowicie przekazane dla budującego się w Monfalcone siostrzanego statku m.s. BATORY.
Pomimo „opóźnionego przyjścia wychodzimy z Nowego Jorku według rozkładu. Rozpoczynamy podróż, której rozpoznawczym znakiem w papierach okrętowych będzie: „2 E” (druga podróż na wschód). Nadzieję, że wypoczniemy po tamtym sztormie, rozwiewa sztormowy wiatr, który dogania nas po wyjściu z Halifaxu.
Dla odmiany fala uderza prawie z rufy. Chcąc się utrzymać na obranym kursie, pozwalamy statkowi kłaść się na boki. Niespodzianką są teraz dla nas gwałtowne boczne przechyły, przy których jesteśmy wyrzucani z koi nieomal na przeciwległą ścianę. Próby spania na poprzecznych kanapach, umieszczonych w tym celu w kabinach, są bezcelowe. Leżąc bowiem na kanapce, stajemy raz na głowie, raz na nogach i jedynie udajemy, że śpimy. Wracamy na koje.
Statek zachowuje się zupełnie odmiennie niż nasze stare, wypróbowane „klejnoty”. Gdy się położy na bok, namyśla się, co zrobić dalej - czy przechylać się głębiej, czy też się wyprostować? Leżymy i z zapartym oddechem czekamy na każdorazową decyzję statku. Zmordowani tą pantomimą spania wychodzimy na wachtę. Podczas wachty - uczepieni telegrafów maszynowych - jesteśmy pochłonięci obserwowaniem nie tachometrów, lecz klinometru[48].
Kapitan znowu leży w nawigacyjnej na tapczanie, który - podobnie jak i nasze kanapki - umieszczony jest w poprzek statku. Zdajemy sobie sprawę, jak musi go męczyć to nie kończące się kołysanie. Znów ma dużą gorączkę. Teraz jest o tyle lepiej, że na mostek na powrót dochodzi ciepło i nie ma tych denerwujących „sygnałów śmierci” w postaci samodzwoniących aparatów. Przechyły za to dochodzą do trzydziestu stopni.
O dziewiątej rano zjawia się na mostku radiotelegrafista z depeszą do kapitana. Po chwili kapitan podaje nam do wiadomości, że według instrukcji otrzymanej od dyrekcji GAL-u nie należy pozwalać statkowi na większe przechyły niż trzydzieści stopni maksymalnie. Poza tą granicą stateczność nie jest pewna. „W cichości ducha” rozumiemy tę instrukcję jako ostrzeżenie: jeśli przekroczymy w przechyłach trzydzieści stopni, to się przewrócimy.
Wobec tego znowu zaczynamy sztormować. Tym razem przyjmujemy walkę z rufy. I znów są chwile, w których statek nie słucha steru, zdradzając ochotę do wykręcania się bokiem do wiatru i fali. Teraz już z całą świadomością boimy się przekroczyć feralną trzydziestkę. Każda zmiana sternika, nim ten przystosuje się do warunków, powoduje napięcie.
Przy zmianach wacht kapitan wychodzi jeszcze z nawigacyjnej na mostek. Jest to słaniający się, trawiony gorączką szkielet.
Mijają dalsze dwa dni. Szybszy od statku sztorm zostawia nas wreszcie za sobą. W kabinie nawigacyjnej nie ma już kapitana. W dzienniku okrętowym widnieje tylko zapis, że dowództwo statku zostało przejęte przez starszego oficera. Pod nim - podpisy kapitana i starszego oficera.
Przy dobrej pogodzie mijamy Pentland i Morze Północne. Jesteśmy wszyscy zgaszeni i nie wiemy, do kogo mieć pretensje o zawiedzione nadzieje, pokładane w tym statku. Pocieszamy się tylko tym, że takich samych błędów nie popełnią już na nowo budującym się „Batorym”.
Kapitan czuje się coraz gorzej.
Na redzie Gdyni bierzemy pilota. Wchodzimy do portu. Przed Dworcem Morskim stoi na nabrzeżu ambulans sanitarny, który ma zabrać kapitana. Odprowadzam go, leżącego na noszach, do ambulansu. Przed otwartymi drzwiczkami kapitan usiłuje wyciągnąć spod pledu rękę i robi nią ruch, jak gdyby chciał jak zwykle pierwszy zasalutować. Widzę, że chce coś powiedzieć. Nachylam się nad kapitanem, który usiłuje uśmiechnąć się pogodnie i szepcze:
- Znaczy, mam nie wyjaśnione dolegliwości żołądka i wątroby, przeziębione miedniczki nerkowe, zapalenie płuc, zapalenie ucha i krtani, ale, ZNACZY, poza tym jestem zupełnie zdrów.
.Sanitariusze wstawiają nosze do karetki, która zaraz ginie mi z oczu.
Powiedzenie kapitana wydaje mi się znajome. Po chwili przypominam sobie, że w okresie, gdy rozczytywałem się w romansach historycznych i balladach rycerskich Waltera Scotta, natrafiłem na biografię tego tytana pracy, siły woli i rzetelności. Nieuczciwość wspólników wtrąciła go w długi. Pomimo bardzo słabego zdrowia postanowił własną pracą spłacić nie znanych mu nawet wierzycieli. Z narażeniem życia pracował dnie i noce, by zwrócić nie zaciągnięte przez siebie długi. Gdy lekarze przypomnieli mu o wszystkich jego dolegliwościach, zaczynał je sam wyliczać, dodając na końcu: „Poza tym jestem zupełnie zdrów”.
Usłyszane przed chwilą z ust kapitana zdanie różniło się tylko o jedno ulubione przez niego słowo: ZNACZY.
DAR
Siedziałem w kabinie przy biurku nad grubą księgą materiałową przewracając kolejno kartki, na podstawie których należało zaopatrzyć statek na długie miesiące podróży i przewidzieć wszystko, co mu do życia w tym okresie będzie potrzebne. Praca ta w oparciu o doświadczenie zebrane na statku byłaby formalnością, bez doświadczenia - wymagała analizowania długich kolumn liczb.
Odbiegłem myślami od poszczególnych pozycji zamówionych już materiałów, przypominając sobie kolejne etapy drogi, jaka mnie do tej księgi doprowadziła. Zapoczątkowało ją pukanie do drzwi kabiny na jednym ze statków pasażerskich, na którym pełniłem obowiązki starszego oficera. Sternik pełniący służbę przy trapie zameldował, że dwóch panów chce się ze mną widzieć.