Выбрать главу

Nie wierzyłem własnym oczom: jednym z panów oka­zał się komendant fregaty szkolnej DAR POMORZA, drugim - jego zastępca a mój kolega, „Kot”.

Od wielu lat komendantem „Daru” był ów „straszny” starszy oficer z barku szkolnego „Lwów”, z którym miałem pamiętne przeprawy na początku mej uczniowskiej kariery. Na widok niezwykłego gościa jak żywa stanęła mi w oczach scena z pierwszego dnia mego pobytu na „Lwowie” i połamane przeze mnie handszpaki.

Zanim obaj usiedli, wyciągnąłem butelkę najlepszego wina. Na rozmowie „o wszystkim i o niczym” zbiegła go­dzina, w ciągu której niczego się nie dowiedziałem o celu wizyty. Dopiero gdy się już obaj zabierali do wyjścia, usłyszałem od komendanta propozycję porzucenia pracy w kompanii „klejnotów” i przejścia na „Dar Pomorza” w charakterze starszego oficera.

Oniemiały ze zdumienia słuchałem wyjaśnień. Obecny komendant „Daru” przechodzi na wyższe stanowisko ins­pektora Szkoły Morskiej. Komendantem „Daru Pomo­rza” zostaje mój kolega, Konstanty Kowalski. Mnie pro­ponują funkcję starszego oficera, po Kocie.

W najśmielszych mych marzeniach nigdy nie powstała nawet myśl objęcia stanowiska zastępcy komendanta na Białej Fregacie. Propozycja ta wprowadziła mnie w tym większe zdumienie, że od czasu egzaminów dyplomo­wych, jeszcze na starym „Lwowie”, nie spotkałem się nig­dy ani z komendantem, ani z Kotem, zaś „Dar” dotych­czas tylko dwukrotnie udało mi się spotkać na morzu.

W odpowiedzi pozwoliłem więc sobie zauważyć, iż od ostatniego egzaminu nie byłem ani razu na żaglowcu. W tej samej chwili zobaczyłem na twarzy komendanta ten sam wyraz, jaki ongiś towarzyszył odkryciu przez niego połamanych przeze mnie handszpaków. Kot był wyraźnie przerażony moim „uporem”. Groźba wybuchu zawisła nad nami.

Hamując swe wzburzenie komendant odpowiedział, że wie o tym doskonale i zdaje sobie jasno sprawę, że pły­wałem tylko na pasażerskich statkach. Niemniej...

Nie mogłem jednak ochłonąć z wrażenia. Zdawałem sobie jasno sprawę, że będę musiał dowodzić ludźmi, z których wielu uczyło mnie stawiać pierwsze kroki na po­kładzie. Pomimo więc, że propozycja była nawet poza szczytem moich marzeń, zdobyłem się na prośbę o dwu­dziestoczterogodzinną zwłokę w udzieleniu odpowiedzi. Moi goście zgodzili się na ten termin, ale pożegnali mnie bardzo niezadowoleni.

Z niecierpliwością czekałem na koniec służby. Chciałem jak najszybciej pójść na „Dar Pomorza”, by poznać sta­tek, który może stanie się moim aowym domem, zaś jego załoga - moją rodziną.

Otrzymana propozycja wydawała mi się zbyt oficjalna w porównaniu z tym, czym miał się stać dla mnie „Dar”.

Sądziłem, że dopiero jeśli sam statek przemówi do mnie w jakiś sposób, będę miał prawo przyjąć proponowane mi na nim stanowisko.

Biała Fregata stała przy nabrzeżu, odpoczywając po zi­mowym rejsie na południe,

Na trapie zdjąłem kapelusz przed banderą. Przed nią samą i w powitaniu nowego losu...

W pobliżu trapu zobaczyłem na pokładzie dawnego ża­glomistrza z barku szkolnego „Lwów”, obecnie starszego bosmana „Daru” - Jana Leszczyńskiego. Żaglomistrz o królewskiej postaci i królewskim nazwisku był „piastunem” nas wszystkich na starym barku.

Teraz był to „żywy galion” Białej Fregaty, pełen głę­bokiego zrozumienia dla własnej pracy.

Podszedłem, by uścisnąć najtwardszą i najszlachetniej­szą dłoń człowieka morza, jaką znałem. Wyciągnął do mnie prawicę, a drugą rękę położył na ramieniu. Przyjrzał mi się, uważnie patrząc swymi przenikliwymi oczami, w których odbijało się wieczne „wiodro”[49] jego duszy, i powiedział jak za szkolnych czasów po imieniu:

- Karol, ja cię chcę mieć za starszego oficera.

Po usłyszeniu tego zdania nie traciłem ani jednej chwili więcej. Pognałem do Szkoły Morskiej, ponieważ na „Da­rze” nie było komendanta ani starszego oficera, którym mógłbym zakomunikować, że jestem już składową częścią Białej Fregaty.

* * *

W parę miesięcy później rwaliśmy pod wszystkimi żagla­mi na zlot żaglowców do Sztokholmu.

Niepokój uczniów na temat wysokości kwot pienięż­nych, jakie ewentualnie otrzymają na reprezentację statku za granicą, rozwiany został przez echo przemówienia, w którym opuściłem tylko słowo ZNACZY, dodając od sie­bie, że ani komendant, ani starszy oficer czy starszy bosmań nie mają możności zaprezentowania statku tak, jak to mogą zrobić uczniowie. Statek w tej chwili należy do nich, a jego ^reprezentacja zależy wyłącznie od ich dobrej woli. I że muszą to zrobić „porządnie”.

Bez słowa zabrali się do pracy. Podczas całej podróży do Sztokholmu podwachty nie schodziły z pokładu, pra­cując nad przygotowaniem statku do reprezentacji. Szał ogarnął chłopców: od jabłka na maszcie do zęz doprowa­dzili wszystko do takiego stanu, że nikt nie potrafiłby wy­szukać czegoś, co nie było zgodne z wymogami morza.

Podczas pracy uczniowie utyskiwali trochę, że widzimy z bosmanem tylko to, co „nieporządnie” wykonane. Wy­baczyli nam to jednak, gdy w Sztokholmie na „Dar Po­morza” przyszedł z wizytą kapitan Christensen, komen­dant norweskiej fregaty szkolnej „Christian Radich”. Po wejściu na pokład sześćdziesięciopięcioletni kapitan cisnął o pokład swą czapkę i zawołał, że tak utrzymanego ża­glowca jeszcze nie widział,

Po chwili jednak pocieszył siebie, wyrażając przypu­szczenie, że tak jest tylko na pokładzie i w takielunku. Oświadczyłem wówczas, że uczniowie byliby mu bardzo wdzięczni, gdyby zechciał dokładnie ocenić stopień ich znajomości utrzymania statku i poprosiłem, by wybrał so­bie dowolnie parę pomieszczeń - od kabelgatów[50] i ma­gazynów do zęz włącznie - i obejrzał.

Kapitan Christensen dokonał inspekcji kabelgatów na dziobie i nie znalazł w nich ani jednej szakli nie zakonser­wowanej czy porzuconej w pośpiechu. Wszystkie narzę­dzia były w stanie kwitnącej używalności i znajdowały się na wyznaczonych'miejscach. Oglądane przez niego zęzy lśniły przepisowymi farbami i czystością.

Szczere swe uznanie dla pracy uczniów wyraził kapitan Christensen na specjalnej zbiórce, po której już nigdy nie było mowy na temat, że nie widzimy z bosmanem tego, co jest zrobione „porządnie”.

вернуться

49

Wiodro - po kaszubsku „pogoda”.

вернуться

50

Kabelgat - magazyn lin.