Выбрать главу

Zgasiłem światło i postanowiłem nie zwlekając zoba­czyć się z kapitanem. Nasunąłem miękkie pantofle i wy­szedłem z kabiny. Na korytarzu było ciemno. Zsunąłem się po poręczy schodów przed kabinę kapitana. W tej sa­mej chwili usłyszałem kroki kogoś idącego od windy dłu­gim korytarzem między kabinami pasażerskimi. Przylgną­łem do ściany. Po szybkich krokach poznałem kapitana. Gdy zrównał się ze mną, wyszeptałem:

- Panie kapitanie, ostrożnie! Otrzymałem ostrzeżenie. Chcą nas zamordować!

- Znaczy, przed chwilą otrzymałem je również. Szed­łem właśnie do pana. Znaczy, co będziemy robili? Przy­ puszczalnie cała załoga jest sterroryzowana przez jakąś organizację.

Błyskawicznie przyszło mi na myśl, by ratować się ucieczką na brzeg. Staliśmy na kotwicy prawą burtą do lądu oddalonego o milę. Była cisza. Mogliśmy z łatwością dopłynąć.

- Wyjdziemy na lewą burtę - zaproponowałem szep­tem - i skoczymy do wody. Przepłyniemy pod statkiem na prawą burtę. Przy prawej burcie przesuniemy się do dziobu. Od dziobu, nurkując jak najdłużej pod wodą, popłyniemy do lądu.

Plan ten wydał nam się najlepszy. Zresztą, innego wyjś­cia nie mieliśmy. Pozostanie na statku groziło śmiercią, a nieprzyjaciel był nam nie znany. Strzelać chyba do nas nie będą, żeby się nie zdradzić. Obie motorówki są pod­niesione.

Umówiliśmy się, że skakać będziemy wspólnie, trzyma­jąc się za ręce. Wyszliśmy na pokład łodziowy z lewej burty. Mżyło. Wszystkie światła były wygaszone ze wzglę­du na możliwość nalotów. Zdawaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa skoku, nigdy z takiej wysokości nie skakaliśmy.

Raptem usłyszeliśmy głosy ludzi idących korytarzem do kabiny kapitana. Zrzuciliśmy szybko marynarki, wzięliś­my się za ręce i skoczyliśmy jednocześnie za burtę.

Przy uderzeniu nogami o wodę ręka kapitana wyśliznę­ła mi się z dłoni. Długo szedłem rozpędem pod wodę. Gdy wyciągnąłem ręce przed siebie, wyczułem zaoblenie burty przechodzące w poszycie dna. Zacząłem się po­spiesznie przesuwać pod dnem na prawą burtę. Czułem, że brakuje mi tchu i że się w wodzie pocę. Było coraz duszniej. Otarłem się plecami o zaoblenie prawej burty. Coraz silniej pracowałem rękami i nogami.

Po chwili znów byłem na powierzchni. Zaczerpnąłem powietrza i zacząłem rozglądać się szukając kapitana. Musi przecież wypłynąć koło mnie. Ale kapitan' nie wy­płynął. Postanowiłem go szukać.

Nic nie wskazywało na to, by na statku odkryto naszą ucieczkę. Postanowiłem przesunąć się przy burcie ku ru­fie, ale kapitana też tam nie było. Prawdopodobnie musiał zostać z lewej burty i czeka na mnie przy stewie. Nie tracąc czasu popłynąłem szybko w kierunku dziobu. Nie było go tam jednak. Wróciłem do miejsca, gdzie skoczy­liśmy do wody, ale i tam go nie było.

Wiedziałem, że kapitan nie popłynął beze mnie do lą­du. Musiał więc zostać chyba pod statkiem. Zaczerpną­łem powietrza i zanurzyłem się, chcąc dotrzeć do krytycz­nego miejsca pod stępką, w którym spodziewałem się go znaleźć. Opierając się głową o poszycie dna i szeroko roz­stawiając ręce, starałem się jak najszybciej zbadać możli­wie dużą przestrzeń przy stępce.

W uszach zaczyna mi dzwonić. Dzwoni coraz silniej i wyraźniej. Budzę się ze snu, ale nie wiem, gdzie jestem. „Dar Pomorza"? Dzwon alarmowy na „Darze"? Ale głos nie dochodzi do mnie jak zwykle, z korytarza. Sprawia wrażenie, jak gdyby był tuż przy głowie, na wysoko umieszczonej koi.

Wysuwam nogi i skaczę w dół. Zamiast spodziewanej dużej odległości od podłogi, natychmiast uderzam piętami w podniesiony o metr pokład kabiny. Straszne!

W ciemności słyszę wciąż dzwonek, tuż przy mej gło­wie. Wysuwam rękę i trafiam... na słuchawkę telefonu. Przykładam ją do ucha. Uprzejmy głos mówi po francu­sku:

- Bonjour Monsieur! Six heures![51]

Straszny sen zmienia się w baśniową rzeczywistość: je­stem w luksusowym hotelu w Marrakeszu. W pobliskiej Casablance stoi „Dar Pomorza".

* * *

Gdynia - Casablanca. Parę mórz, kilka cieśnin i trochę oceanu, dzielących te dwa porty, Biała Fregata przeleciała jednym tchem pod żaglami, zgodnie z rozkładem.

Jedynym urozmaiceniem podróży była niegroźna cho­roba komendanta. Nasz „kapitan Blood" leżał w koi jak niemowlę. Lekarz okrętowy nie mógł ani rusz wymówić nazwy choroby po łacinie. Podobno, zanim słowo to nie zostanie wymówione lub napisane, lekarz nie wie, jakich środków użyć do leczenia, ponieważ one również mają nazwy łacińskie. Na razie więc zaczął leczyć pierwszymi środkami, jakimi pielęgnuje się niemowlęta: przysypywał pudrem „Be-Be" te miejsca, z których wyrastają ręce i nogi. One właśnie były siedliskiem choroby w postaci odparzelin, jak u małego dziecka. Wszystko to okazało się bardzo mało skuteczne, ale przynosiło Kotowi ulgę.

Czekaliśmy cierpliwie, kiedy wreszcie lekarz przypomni sobie łacińską nazwę i pokona chorobę. Zanim jednak to nastąpiło, przycumowaliśmy do nabrzeża w Casablance.

Prasa marokańska była zrazu ustosunkowana do nas nieprzychylnie. Zaważyła na jej nastrojach ogólna sytua­cja polityczna. Nasza wizyta wypadła akurat w napiętym okresie aneksji Czechosłowacji przez Niemcy hitlerowskie i polskiej interwencji na Zaolziu.

Ale „Darowi" trudno się oprzeć, wiedzieliśmy o tym choćby ze sztokholmskich doświadczeń. Zorganizowaliś­my na pokładzie konferencję prasową, pokazaliśmy za­proszonym gościom Białą Fregatę. Chłopcy wyglądali w tropikalnych mundurach jak wyjęte z pudełka luksusowe zabawki. „Dar", od czasu pobytu w Sztokholmie, był utrzymywany w reprezentacyjnej formie. Nasza niedosko­nała francuszczyzna, połączona z serdeczną gościnnością, przyczyniła się również do wytworzenia zupełnie wyjątko­wej atmosfery.

Zwycięstwo było całkowite. Cała prasa miejscowa roz­pisała się o wizycie polskiego statku entuzjastycznie i ser­decznie. Zamieszczono zdjęcia Białej Fregaty, wywiady, artykuły, komentarze.

Następnego dnia przybył na „Dar" następca sułtana Maroka. Wieczorem tego samego dnia my z kolei byliś­my jego gośćmi.

Najbardziej zadowoloną osobą ze zmienionego przez „Dar” nastroju w opinii publicznej był honorowy konsul polski w Maroku, były kapitan wojsk francuskich, który zaraz po pierwszej wojnie światowej wylądował w Casablance, z trzystu frankami kapitału w kieszeni swych woj­skowych jeszcze ineksprymabli; po kilkunastu latach był już milionerem. Fortunę swą zawdzięczał podobno zbio­rom pewnej małej palmy, która okazała się przydatna do wyrobu amunicji.

вернуться

51

Dzień dobry panu! Szósta godzina!.