Minął już huraganowy sezon, gdy rzucaliśmy kotwicę w zatoce Fort-de-France na Martynice. Największy huragan przeszedł tędy w roku 1767. Zginęło wówczas tysiąc sześćset osób.
W deszczu na Barbadosie oddzielnie nudzili się Anglicy, oddzielnie Murzyni. Na roześmianej Martynice wspólnie bawią się Francuzi i ludność kolorowa. Najweselej bawią się wszyscy na słynnych balach Dou-dous.
Dou-dous pracują w rafineriach cukru, w fabrykach cygar, w sklepach. Są to kolorowe dziewczęta, we wszystkich „odcieniach” - od brązowych do czarnych, ubrane w charakterystyczne chusteczki fantazyjnie związane na głowie oraz suknie o jaskrawych kolorach. Na balach Doudous jest taka „zatłuma”, że nie pozwala ona tańczącej parze na zrobienie ani jednego kroku w którymkolwiek kierunku. Wobec tego, stojąc naprzeciwko pięknej Dou-dou, można się tylko kołysać w takt muzyki i słuchać piosenki nuconej z uczuciem przez partnerkę. To „kipienie” par przykutych do jednego miejsca upodabnia salę taneczna do głucho wrzącego wnętrza wulkanu tej wyspy, noszącego nazwę Mont Pelee. Swojego czasu położył on kres pojęciu „wulkan wygasły”.
Pele - bogini wulkanów i ognia, której składają ofiary Hawajczycy, by nie nękała ich wybuchami, nie ma nic wspólnego z nazwą wulkanu na Martynice. Pomimo to w roku 1902 żarliwe tchnienie Mont Pelee stopiło w jedną bryłę dwanaście srebrnych łyżek w pewnym pałacyku w mieście St. Pierre, leżącym nad morzem u stóp wulkanu i zabiło czterdzieści tysięcy ludzi. Stopione w bryłę łyżki stanowią jedną z wielu osobliwości miejscowego muzeum.
„Skarby” Lu-lu - córki potentata z Martyniki a żony naszego drugiego oficera - po które wstąpiliśmy do Fort-de-France, przywieziono na „Dar” w skórzanych kufrach obitych metalem.
Z wyrobu takich kufrów od wieków słynęły Indie Zachodnie. W szczególności sławna z nich była odkryta przez Kolumba w niedzielę (Dies Dominica) wyspa Dominika, nosząca na tę pamiątkę imię Niedzieli. Wyrabiane tam kufry przyjęły nazwę DOMINIQUE. Kufry te przed setkami lat służyły flibustierom do przechowywania zdobytych skarbów. Od nich zwyczaj ten przejęła flota francuska. Płatnicy na okrętach francuskich przewozili i przechowywali żołd w takich właśnie kufrach, bezpośrednio z nich początkowo dokonując wypłat. Z biegiem lat zniknęły kufry, pozostał natomiast krótki rozkaz na wojennych okrętach francuskich: Dominiąue!, który oznacza tyle samo co długo brzmiące: Załoga po wypłatę!
Oglądając stojące na pokładzie dwa dominiąue, nie mieliśmy wątpliwości, że właśnie w takich kufrach musiało być transportowane złoto zdobyte na Hiszpanach przez kapitana Blooda. Wszyscy byliśmy na „Darze” bardzo dumni z tych kufrów, jak gdyby zawierały skarby, z których znaczna część należała do każdego z nas.
Po obejrzeniu Mont Pelee i zabraniu obu kufrów nie mieliśmy nic więcej do roboty na wyspie, skąd pochodziły dwie żony: Napoleona PIERWSZEGO i naszego... „DRUGIEGO”.
Wyjście przy północnym wietrze z miejsca, gdzie byliśmy zakotwiczeni w zatoce Fort-de-France, wymagało kilku dość skomplikowanych zwrotów Białej Fregaty. Załoga musiała być do tego manewru zgrana, wyćwiczona i wypoczęta przed dużym wysiłkiem fizycznym. Uczniowie przez tych kilka miesięcy w morzu rozrośli się i zmężnieli. Brązowi od tropikalnego słońca, o zgrubiałych od lin dłoniach, podobni byli do Braci Wybrzeża. Ponieważ o drugiej po południu mieliśmy zamiar podnieść kotwicę, wobec tego od godziny ósmej rano chłopcy wypoczywali jak prawdziwi piraci, których „codzienną robotą jest wypoczywanie, by zachować siły do walki". Leżeli na pokładzie i słuchali nadawanej przez głośnik ulubionej swej melodii — walca „Francois". Mogli tego walca słuchać niezmordowanie cały dzień bez przerwy, do tego stopnia, że przyzwyczaili do niego wszystkich na „Darze". Ponieważ grać można było tylko wówczas, gdy mieli czas wolny od robót, wobec tego zamiast ogłaszać, że „uczniowie będą teraz mieli czas wolny od zajęć", mówiliśmy krótko „Frangois!"
O czternastej przyszedł świeży wiatr i zdjęliśmy się z kotwicy. Zaczęliśmy lawirować pod wszystkimi żaglami po zatoce „strzeżonej przez trzy forty najeżone armatami".
Fregata, Komendant i Załoga — stały się jednym ciałem ożywionym wspólną myślą i wspólnym wysiłkiem. Nasz „drugi", którego „druga połowa" była „francuska", nauczył się od niej bardzo ładnie o tym deklamować:
Il faut pour faire beau voyage
Que Bateau, Capitaine, Eąuipage
A la mer, a la traite, au combat
Toujours ne soient qu'un seul en trois.[52]
Ze złocistym megafonem w ręku zamiast szpady, nasz „kapitan Blood" wymijał „niebezpieczne paszcze armat" stokroć kierował fregatą stokroć lepiej, niż dowodził swym okrętem prawdziwy kapitan Bload, prowadząc „Arabellę" na abordaż „Niezwyciężonej". Manewry odbywały się cicho i sprawnie - „znaczy, porządnie". Wszyscy uczniowie na pokładzie byli boso, a więc nie słyszało się tupotu nóg, żaden zaś nie śmiał odezwać się nawet szeptem.
Leżeliśmy już na kursie, który miał nas zaprowadzić do Puerto Rico. Podwachty zeszły do międzypokładu, odwach służbowy klarował liny. Starszy bosman „Daru" podkręcał sumiastego wąsa i uśmiechając się powiedział:
- Ale to szłooooo! Jak diachli!
Biała Fregata, idąc prawym halsem pod wszystkimi żaglami mocno pochylona na lewą burtę, zostawiła za sobą szary, pozbawiony roślinności masyw strasznej Łysej Góry (Mont Pelee), który długo jeszcze był widoczny nad horyzontem.
Nasz „kapitan Blood" prowadził teraz fregatę na wyspę, która swe chrzestne imię San Juan - nadane jej przez Kolumba - oddała swej stolicy, a sama przybrała pierwotną nazwę tego miasta: Puerto Rico. Szliśmy na razie śladami „Arabelli", okrętu kapitana Blooda. Dochodząc jednak do Puerto Rico, zamiast skręcić na zachód, na spotkanie ze „Zwiastowaniem", poszliśmy dalej na północ, by dotrzeć do zatoki Mayagiiez, upatrzonej jeszcze w Gdyni jako miejsce najlepiej nadające się do ćwiczeń na szalupach pod żaglami. Takielunek i żagle wszystkich szalup były już przygotowane. Plan ćwiczeń, opracowany do najdrobniejszych szczegółów, czekał tylko na słoneczną zatokę o stałych wiatrach.
52
W dość dowolnym tłumaczeniu czterowiersz ten brzmi: