Przyjęliśmy ich z wszelkimi możliwymi honorami, szczerze pragnąc pozyskać wzajemną sympatię. Wszyscy ci lekarze doskonale mówili po polsku, ale mimo okazywanej im życzliwości pozostawali zimni i obcy. Podziwiali naszą Białą Fregatę, wyrażali zainteresowanie jej podróżami, ale sami wciąż byli niedostępni. Nastrój podczas śniadania przypominał wyścig dobrych manier, pantomimę wzorowo przebiegającego przyjęcia. Nie potrafiliśmy wywołać nawet przelotnego uśmiechu na twarzach naszych gości. Pierwszy raz było nam nieswojo podczas przyjęcia na Białej Fregacie. Byli nam bliscy, a jednocześnie bardziej dalecy niż hen, za oceanem obywatele Mayagiiez.
W tej prawie beznadziejnej sytuacji przypomniał mi się zapamiętany z dzieciństwa wierszyk litewski. Może słowami poety uda nam się dostać do serc tych ludzi? Gdy chwila wydała mi się stosowna, pozwoliłem sobie na przygotowanie ich do wysłuchania owych kilku zdań w Języku litewskim, mówiąc, że byliby w błędzie, gdyby sądzili, że nie znajdą na „Darze" tego, co łączyło nas przez sześć wieków, wobec których ostatnie dwadzieścia lat znaczy znikomo mało. Wyznanie LITWO, OJCZYZNO" MOJA jest najbardziej dojrzałym owocem tych sześciu wieków, ale z nie mniejszym uczuciem potrafimy dzisiaj to samo powiedzieć po litewsku:
Kur banguoja Nemurielis,
Kur Sesupta mielą plaukia,
Ten Lietuva mono mielą,
Ten mergoite mano drauge...[53]
Zapanowała długa chwila ciszy. A później wstał najstarszy z lekarzy i powiedział parę bardzo prostych i niewyszukanych słów. Że nieoczekiwanie został tak wzruszony, iż nie potrafi jasno wypowiedzieć swych uczuć. Że szli na Białą Fregatę spodziewając się usłyszeć opowiadania o egzotycznych Morzach Południowych, o burzach koło Ziemi Ognistej, ale że ani on, ani jego koledzy nie spodziewali się na pokładzie tego żaglowca minionej epoki usłyszeć litewskiej mowy i spotkać tu litewskich serc bijących rytmem gorącej krwi. Podczas przemówienia wszyscy obecni wstali. Następnie nasz lekarz okrętowy, pochodzący ze Żmudzi, zaintonował hymn litewski.
Biała Fregata w ciągu kilku minut potrafiła przebyć stulecia.
Zamiast do Swenty „Dar Pomorza" poszedł do Tallinna.
Tallinn, miasto Elfy, dziewczyny spotkanej ongiś w Szwecji. Dziewczyny o białych włosach i zielonych oczach. Kiedyśmy przed trzynastu laty ze Sztokholmu przypłynęli do Tallinna, Elfy przyszła po nas na „Lwów", tak jakby nas znała od dzieciństwa. Oprowadzała nas po mieście, zabierała na wieczór do domu. Płynąc teraz do Tallinna — tym razem na „Darze" - dużo rozmawialiśmy o niej z Kotem.
Po przycumowaniu do nabrzeża, gdy tylko udało się nam załatwić wszystkie sprawy urzędowe, poszliśmy z Kotem na ląd w poszukiwaniu wspomnień. Wybieraliśmy ulice, po których chodziliśmy z Elfy. Przypomniały nam się wieczory spędzone w jej domu, gościnność, z jaką przyjmowali nas jej rodzice. Matka i Elfy grywały nam na fortepianie. Najbardziej jednak lubiliśmy słuchać śpiewu Elfy. Potrafiła przeistaczać się w ciągu wieczora w bohaterkę wielu, wielu oper.
Elfy przytłaczała nas znajomością języków. Zdawaliśmy też sobie sprawę z ogromu pracy, jaki musiała włożyć w opanowanie głosu i gry na fortepianie. A to onieśmielało. Obaj byliśmy w niej zakochani i gotowi prosić o rękę, gdyby nie to, że nie posiadaliśmy dosłownie nic i jak nam się wówczas wydawało - nie posiadaliśmy nawet przyszłości w wybranym zawodzie. Czy się jej podobaliśmy i co o nas myślała, nie wiedzieliśmy. Nie widząc realnego rozwiązania tej sprawy, nigdy nie ośmieliliśmy się jej o to zapytać. Nie uważaliśmy się nawet za rywali i przez myśl nam nie przychodziło przeszkadzać sobie w dostaniu gwiazdki z nieba.
Idąc teraz przez park stanęliśmy jak wryci. Elfy patrzyła na nas swymi szeroko otwartymi oczami. Jej śpiewające usta uśmiechały się do nas z olbrzymiego afisza Opery Tallińskiej. Pomimo nieznajomości języka estońskiego doszliśmy na podstawie afisza do wniosku, że Elfy jest primadonną opery. Przeszliśmy cały park w takim nastroju, jakby nie istniała wieloletnia przerwa pomiędzy tamtymi spacerami a obecnym. Jeszcze raz spojrzeliśmy na uśmiechającą się „do nas” Elfy i szybko wróciliśmy na statek.
Za chwilę ponownie wychodzimy na ląd, tym razem w galowych mundurach. Oficerowi dyżurnemu oświadczyliśmy, że wrócimy prawdopodobnie późno, ponieważ wybieramy się do opery. Każdy z nas niósł bardzo ostrożnie olbrzymią bombonierkę z czekoladkami Wedla, które Biała Fregata, otrzymywała dla celów reprezentacyjnych. Fotografia „Daru Pomorza” pod wszystkimi żaglami zdobiła wieko bombonierki. Można ją było ofiarować każdej królowej. Pierwszy raz wzięliśmy bombonierki na swój prywatny użytek, gdyż wiedzieliśmy, że będą się Elfy podobały i ponieważ nic godniej szego nie mogliśmy dla niej wyszukać w tak krótkim czasie.
Wejście do opery było zamknięte. Z trudem udało nam się odszukać portiera. Dowiedzieliśmy się, że opera jest nieczynna, a jej primadonną Elfy... wyjechała wczoraj do Rzymu.
Wracaliśmy z Kotem rozżaleni, jak gdyby Elfy nas zawiodła. Ona która była taka słowna. Gdyśmy żegnali się z nią przed laty w Tallinnie, przyrzekła, że napisze. Dotrzymała słowa: napisała do Kota. Kiedy czytaliśmy obaj ten list, Kot twierdził, że jest on dowodem jej zainteresowania się mną, ja zaś twierdziłem, że właśnie nim. W ostatnim swym liście - po paru latach - pisała, że nauczyła się mówić również po polsku. I że śpiewa wszystkie arie z „Halki”, a jej najbardziej ulubioną arią jest JAKO OD WICHRÓW KRZEW POŁAMANY...
Biała Fregata w swej ćwiczebnej podróży po Bałtyku z pełną obsadą uczniowską ze wszystkich kursów nawigacyjnych Szkoły Morskiej lekko kładła się przy zwrotach pod wszystkimi żaglami. Nad morzem leżał złoty sierpień i czarna groza wojny.
Tajna zalakowana koperta spoczywająca w ogniotrwałej kasetce komendanta wydawała się w naszej wyobraźni najcięższym ładunkiem, jaki kiedykolwiek istniał. Po jej otrzymaniu wyszliśmy z Gdyni na nieokreślony przeciąg czasu w kierunku północnym, zostawiając w kraju nasze serca. Przy ogromnej ilości ludzi na pokładzie rutyna dnia musiała być doprowadzona do precyzji. Przypominała ona w tej chwili idealnie idący zegarek... bez wskazówek. Wskazówki były nam niepotrzebne: idąc - nie szliśmy nigdzie...
53
Gdzie toczy swe wody Niemen.
Gdzie płynie miła Szeszupia,
Tam Litwa moja ukochana,
Tam dziewczyna najdroższa...