Teraz czekaliśmy już tylko na przybycie króla. Kapitan po przygodzie na audiencji u papieża wolał nie dawać nam żadnych instrukcji.
Na widok wchodzącego Gustawa Piątego przestaliśmy oddychać. Za królem szła świta. Aż w oczach się ćmiło od stosowanych kapeluszy z pióropuszami, od złotych szamerowań i szpad.
Król zbliżył się do kapitana, który również wyszedł kilka kroków na jego spotkanie. Wobec tego rozmowa króla z kapitanem, prowadzona w języku francuskim, pozostała dla nas nieznana. Obaj byli sobą zachwyceni i śmiali się rozmawiając.
Król przyglądał się nam okiem znawcy i zadawał pytania kapitanowi. Gdy patrzył na nas i słuchał wyjaśnień kapitana, rozjaśniał się coraz bardziej. Po nasyceniu swej ciekawości naszym widokiem z daleka, król zapragnął obejrzeć nas z bliska. Stanął kilka kroków przed idealnie wyrównanym frontem i powiedział coś po królewsku, witając nas królewskim gestem ręki.
Uświadomiliśmy sobie szybko, że coś odpowiedzieć musimy. Ale co? W jakim języku? Porozumieć się między sobą nie mogliśmy. Zakomenderować też nikt nie mógł. Na to wszystko było już za późno. Owiani wspomnieniami scen Sienkiewiczowskiego „Potopu” imaginowaliśmy sobie, że Carolus Gustavus Rex przyjmuje polskich rycerzy jak przyjaciel, bez obrazy dla majestatu, jako że każdy rycerz może być w Polsce wybrany królem.
Zaczęliśmy wszyscy nabierać powietrza w płuca, co było widomym sygnałem, że zaraz na królewskie powitanie odpowiemy, jak na dwornych rycerzy przystało.
Gdy już zaczerpnęliśmy wystarczającą ilość powietrza, jak na komendę, jak jeden mąż, wyskandowaliśmy:
- CZOŁEM, PANIE KRÓLU!!!
Zadrżał król Gustaw Piąty. Zadrżała sala i świta królewska. Byliśmy przekonani, że nikt jeszcze króla z takim zapałem nie przywitał.
Rozjaśniła się twarz królewska. Był zachwycony. Zachwytem swoim podzielił się natychmiast z kapitanem i ze świtą.
Za chwilę dowiedzieliśmy się od kapitana, że my i wszyscy pozostali na „Lwowie” koledzy zostaliśmy zaproszeni na jutro na przyjęcie do skansenu[9] i że wszystkie kina w Sztokholmie stoją przed nami otworem przez cały czas pobytu.
Podbiliśmy zupełnie serce króla Szwecji. Jak triumfatorzy wracaliśmy w tej samej formacji na „Lwów” z dobrą nowiną.
W skansenie orkiestra marynarki jego królewskiej mości odegrała „Jeszcze Polska nie zginęła”. Z trudem rozpoznaliśmy nasz hymn w pompatycznie granej melodii przy akompaniamencie surm bojowych. Ale na widok salutujących oficerów szwedzkich również stanęliśmy wyprężeni niczym struny.
Po przemówieniach okolicznościowych weszliśmy do sal, w których miało odbyć się przyjęcie. Stoły uginały się od tortów, ciast, owoców i wszystkiego, co cały świat może ofiarować. Na srebrach i kryształach piętrzyły się ananasy, brzoskwinie, winogrona. Jak przystało na skansen, najpiękniejsze dziewczyny Szwecji w strojach narodowych gotowe były podać wszystko, o czym się zamarzyło.
Woleliśmy jednak obsługiwać się sami. Zajęliśmy we trójkę stolik i mając ustalony system bratni, zawsze z zasady taki sam, rozeszliśmy się, aby zaopatrzyć nasz kącik we wszystko, czym byliśmy podejmowani przez króla. Dalaj Lama brał dla siebie, dla mnie i dla Siasia; Siaś dla siebie, dla mnie i dla Dalaj Lamy; ja dla siebie, Dalaj Lamy i Siasia. W ten sposób mieliśmy mniej więcej wystarczającą dla nas ilość wszystkich pyszności królewskiego stołu.
Zachwyceni i wprowadzeni w dobry humor przyjęciem poszliśmy oglądać skansen. W którymś domku rycerskim zgubiłem Siasia i Dalaj Lamę, ale spotkałem Kota i już z nim razem oglądaliśmy wszystkie cuda Szwecji.
Przed jurtą Lapończyka podziwialiśmy reny i dziewczynę o białych jak mleko włosach oraz zielonych oczach; podobnie jak my zwiedzała skansen. Podziwialiśmy ją nieostrożnie, głośno czyniąc uwagi o jej niezwykłej piękności. Dziewczyna patrząc na nas z uśmiechem powiedziała po rosyjsku, że rozumie, co mówimy. Ponieważ nie powiedzieliśmy nic takiego, co by ją mogło urazić, więc nie speszeni zasalutowaliśmy jej tak, jak gdyby była królową szwedzką. Dziewczyna skinęła głową bardzo przyjaźnie, wobec czego jak w dym podeszliśmy do niej. Przedstawiliśmy się jej tak, że byliśmy pewni, iż nawet kapitan nie miałby nam nic do zarzucenia.
Okazała się Estonką, studentką konserwatorium w Tallinnie. Gra, ale przede wszystkim śpiewa. Jest z wycieczką w skansenie. Zatrzymała się zbyt długo przy renach i zgubiła swoje towarzystwo. Mówi po francusku, angielsku, niemiecku i po rosyjsku.
Znajomość takiej ilości języków przytłoczyła nas trochę, ale jej imię, Elfy, które w bajkach oznacza „duszę kwiatu”, wyrównało naszą zachwianą postawę.
„Lwów” miał zajść do Tallinna, umówiliśmy się więc, że złożymy jej wizytę. Ledwie zdążyliśmy otrzymać adres, zabrała nam Elfy opiekunka wycieczki. Usiłowaliśmy z Kotem przypodobać się nowo przybyłej pani, ale nie potrafiliśmy wzbudzić w opiekunce dziewczyny takiej sympatii, jaką wzbudziliśmy w królu szwedzkim.
Odszukaliśmy Siasia i Dalaj Lamę. Gdy całą czwórką znaleźliśmy się w mieście, więcej niż kina zainteresował nas słynny kabaret. Nie byliśmy jednak pewni, czy uprzejmość króla w stosunku do nas dotarła do tego sławnego miejsca.
Siaś świetnie teraz pamiętał wszystkie potrzebne nam słowa w języku angielskim. Mimo to bileterka, chociaż władała doskonale angielskim, nie bardzo rozumiała, co mówił jej o królu i jego przychylności dla nas. Dała jednak natychmiast znać dyrektorowi, a tego Siaś potrafił już oczarować swym wdziękiem i „prostotą” wymowy. Za chwilę siedzieliśmy w najwspanialszym lokalu Sztokholmu, znanym z występów najsławniejszych międzynarodowych artystów i napawaliśmy się tymi cudami. Jeden Dalaj Lama nie był pewny, czy król szwedzki będzie zachwycony rachunkiem, jaki przyśle kabaret, ponieważ siedzieliśmy w pierwszym rzędzie. Mowa była przecież jedynie o kinach. Siaś usiłował mu wytłumaczyć, że już za późno teraz o tym myśleć, ale jeśli chce, to może przecież przeprosić króla osobiście: jako Dalaj Lama na pewno zostanie przyjęty.
Wróciliśmy na „Lwów” pełni wrażeń i wspomnień. Uczeń trapowy zapisując godzinę naszego powrotu nie zauważył, że Kot i ja - wbrew przepisom - wprowadziliśmy na „Lwów” ukrytą u każdego w zanadrzu dziewczynę o białych włosach, zielonych oczach i o imieniu Elfy.