Выбрать главу

Tym, co nie byli w skansenie i na wystawie, musieliśmy drobiazgowo opowiedzieć szczegóły marszu na wystawę i rozmowę kapitana z królem. Każdy z nas rozważał, co by powiedział na to Ziółkowski, poprzedni kapitan „Lwo­wa”, widząc Mamerta - wówczas jeszcze kierownika na­uk na statku - rozmawiającego teraz z królem tak, jak gdyby się znali od dziecka, czyli za pan brat.

Jak serdecznie się obaj śmiali przyglądając się naszej dwudziestce! Nie mieliśmy wątpliwości, że kapitan bardzo się spodobał królowi. A dzisiaj z kolei kapitan podobał się wszystkim na „Lwowie”. Toteż chcąc dać wyraz swym uczuciom, zaśpiewaliśmy chórem piosenkę skomponowa­ną na jego cześć.

OD LWIĄTEK DO WILKA

Żegnaliśmy „Lwów” egzaminem praktycznym. Oprócz całego zasobu wiedzy potrzebnej kapitanowi żeglugi wiel­kiej musieliśmy wykazać się tak dobrym opanowaniem manewrów na „Lwowie”, jak gdyby nasza przyszła flota handlowa miała się składać z samych olbrzymich żaglow­ców.

Po czterech długich podróżach szkolnych mieliśmy za sobą niemal dwadzieścia cztery miesiące pływania, to jest tyle, ile potrzeba do dyplomu porucznika żeglugi małej. W ciągu tego czasu umożliwiono nam gruntowne pozna­nie każdej części „Lwowa”, od jabłek na szczytach masz­tów do zęz na dnie ładowni. Nie było żagla i nie było li­ny, której byśmy nie dotykali własnymi rękami. Nauczy­liśmy się wykonywać na „Lwowie” zwroty na fordewind - to jest przez rufę, oraz znacznie trudniejsze - przez dziób, czyli owersztag, o których nawet śpiewano, że mo­gą się udać tylko przy pomocy „motorków”:

...A motorki całą naprzód, a motorki rżną.

Jakież owersztagi bez motorków są?...

Zanim sztukę wykonywania owersztagów bez silników pomocniczych posiedliśmy my, uczniowie, musieli się jej przedtem nauczyć kapitanowie „Lwowa”, nie mający uprzednio nigdy do czynienia z tym typem żaglowca.

Teraz, w czasie egzaminu praktycznego, czuliśmy, jak serca w nas rosną, gdy stojąc po kolei przy kapitanie z megafonem w ręku „śpiewaliśmy” głośno, tak by nas by­ło słychać nie tylko na „Lwowie”, lecz i na całej zatoce.

- Na sterburt foka braaasyyy!

A po wyczekaniu odpowiedniego momentu, gdy się już wyczuło, że zwrot „wychodzi”, jeszcze większym głosem:

- Foooook doooookoooooła!!!

Umiłowany „Lwów” zdawał razem z każdym z nas eg­zamin, obracał się posłusznie przez rufę przy zwrocie na fordewind lub ostro przecinał linię wiatru dziobem przy owersztagu. My tylko „śpiewaliśmy”, im głośniej i pew­niej - tym lepszy wynik egzaminu, a wszystko pozostałe robił za nas „Lwów”.

Z drobiazgową dokładnością wymienialiśmy podczas egzaminu kolejne czynności, jakie należy przedsięwziąć na przykład po stracie steng w sztormie, opisywaliśmy szcze­gółowo, w jaki sposób założyć nowe i podnieść na nich reje. Pytania takie wydawały nam się bardzo łatwe i w duchu trochę się z nich śmieliśmy. Tylekroć wykonywaliś­my wszystkie te czynności własnoręcznie, że przez resztę naszego życia gotowi byliśmy tracić maszty w podróżach dookoła Cabo das Tormentas lub jeszcze groźniejszej - Tierra de los Fuegos, byleby tylko mieć możność dowo­dzenia takim żaglowcem jak „Lwów”. Ale piosenka zwa­na „absolwencką” nie wróżyła nam tego:

Szkołę skończyli, dyplomy dostali,

Lecz pracy w ojczyźnie im brak.

Na niegościnnych, odległych mórz fale

W daleki puścili się świat...

Pożegnaliśmy naszą Alma Mater romantyzmu, którego musiało nam teraz starczyć już na całe życie. Wykołysani do służby na morzu przez „Lwów”, poszliśmy jej szukać na obcych statkach. Jedyną realną możliwością, jaka przed nami istniała, były wody Indochin, dzięki uprzej­mości francuskiego towarzystwa okrętowego Chargeurs Reunis.

Droga do Francji wiodła przez piękne miasteczko po­morskie Świecie, w którym znajdowała się kadra mary­narki wojennej. W miejscowej szkole rekruta rozpoczyna­liśmy nasz okres „rycerski”. Potem przychodziła szkoła podchorążych w Toruniu, później zaś - służba we flocie. Wracając do cywila oddawaliśmy skwapliwie wszystko, co do „rycerzy” należało, pozostawiając sobie w workach marynarskich jedynie RYCERSKIE PERŁY HUMORU.

* * *

Do kadry w Świeciu trafiłem nieco później od kolegów, nie ze swojej zresztą winy. Zobaczyłem ich ogolone gło­wy, jak maszerowali w kolumnie czwórkowej. Na mój wi­dok kolumna została złamana wraz z dyscypliną wojsko­wą przez Starca, najserdeczniej mnie witającego. Parę lat przesiedzieliśmy w Szkole Morskiej na jednej ławce.

Starzec, czyli Włodek Cybulski, zawdzięczał swój pseu­donim wielkiemu doświadczeniu życiowemu. Humorem, fortelami i znajomością łaciny prześcigał samego Zagłobę. By nie wyjść z wprawy we władaniu językiem Rzymian i naszych przodków, Starzec nieodmiennie rozpoczynał dzień od zdania: „Ubi mea butus sunt?” Rozumieliśmy je w końcu dobrze, wiedząc, że oznacza: „Gdzie są moje buty?”, ale Starzec używał potem wielu innych zdań, któ­rych już nie rozumieliśmy.

Starzec bardzo wcześnie stracił owłosienie na głowie, w przeciwieństwie do całego ciała pokrytego wspaniałym, gęstym futrem sobolowym, co było przez nas w szkole wysoko cenione jako bezwzględny wyraz męskości. Tę szybką stratę włosów na głowie Starzec przypisywał spot­kaniu z papieżem, kiedyśmy to, będąc na „Lwowie” w Genui, odbyli pielgrzymkę do Rzymu. Według opowiada­nia Starca, gdy papież przez pomyłkę zbliżył się do niego po raz drugi, by go ponownie pobłogosławić - poczuł, że to może okazać się dla niego za silne w skutkach. Wyszeptał nawet po łacinie Satis Papa[10], ale szept ten nie od­niósł pożądanego skutku. Starzec, pobłogosławiony dwukrotnie, upodobnił się wyglądem czaszki do apostoła Pawła.

Owacja, którą mnie powitał Starzec, naraziła go na przewidzianą w regulaminie dawkę kar dla uleczenia od zgubnych nawyków łamania „zakonu rycerskiego”. W słowniku kadry nie było takich słów jak „przyjaciel”, więc żadne tłumaczenia nie odniosły skutku. Kadra miała na celu przerobienie nas w jak najkrótszym czasie z osób cywilnych na oficerów marynarki wojennej. Odbywało się to przy pomocy zasad Fryderyka Wielkiego, przeszcze­pionych następnie do Kaiserliche Kriegsmarine, które do­cierały do nas przez usta starych podoficerów wywodzą­cych się z tejże marynarki.

вернуться

10

Satis Papa (tac.) - dosyć, Ojcze Święty. J 08