Выбрать главу

Kadra była przepełniona ludźmi, miejsca było mało, umundurowania również. W malutkich izbach żołnier­skich mieściły się trzy „pokłady” łóż. Starzec zaprosił mnie do swego. Gdy układaliśmy się do snu, pieczołowi­cie schował pod poduszkę parę swych „rycerskich” butów (ostróg w tym czasie już nie noszono, chociaż w niektó­rych marynarkach jest to przewidziane). Zdumiony wido­kiem Starca układającego swe „amfory” pod głową, są­dziłem zrazu, że znudziło mu się ich szukać z rana i mó­wić „ubi mea butus sunt?” Włodek wyjaśnił mi, że za­miast ostróg współcześni „rycerze” mają na podeszwach gwoździe, podobnie jak niekiedy ma się „oczko w gło­wie”. Jednego i drugiego należy strzec z niezwykłą pie­czołowitością.

- Patrz - mówił Starzec - ja mam tych „oczek” w każdym bucie po dwadzieścia kilka i żyję, pomimo że trzeba ich mieć prawie dwa razy więcej. Za brak każdego gwoździa, nie kupionego w kantynie i nie wprawionego wieczorem w miejsce, gdzie był poprzedni, ma się tu do­datkowe trudności. Ale ja jestem za stary, żeby się uga­niać za gwoździami. Nie zostawiam więc butów na podłodze. Mat je sprawdza, ale potrafi zliczyć buty tylko do siedemnastu. Na tym oparłem całą swoją taktykę, ponie­waż jest nas dwudziestu siedmiu.

Wszystko, co Starzec mówił, wydało mi się logiczne, mądre i trafiało do przekonania. Nim nas jeszcze według łaciny Włodka sopor opressit[11] usłyszałem zapowiedź innych „cudów”, które tutaj dziać się będą.

Z najgłębszego snu zbudził mnie nagle rozkazujący krzyk:

- Pobudka, pobudka, wstać!

Ślepe posłuszeństwo jest cnotą „rycerza”. Chciałem po­derwać się i razem ze „zwłokami” innych kolegów wyrzu­cić się z trzeciego „pokładu” na podłogę izby żołnierskiej. Ale dłoń Starca spoczęła na mym ramieniu. W tumulcie, jaki zapanował, usłyszałem jego szept:

- Zdaje się, że to Darwin powiedział, iż gatunek, żeby żyć, musi się przystosować do warunków. Podciągnij nogi i czekaj na trzecie „wstać”. Teraz udawaj poduszkę!

Mat, który zapalił w nocy światło w naszej izbie i po­derwał cały oddział na nogi, nie był zadowolony z naszej gotowości bojowej oraz szybkości, z jaką rozkaz został wykonany.

- Wróć! - zabrzmiało raźnie i wesoło.

Kilkadziesiąt ciał, nazywanych tutaj „zwłokami”, wró­ciło do pozycji „leżeć”. Gdy ostatnie „zwłoki” przykryły się kocem znów zabrzmiała komenda:

- Pobudka, pobudka, wstać!

By mi pomóc w niewykonaniu rozkazu, opiekuńcza dłoń Starca znów spoczęła na moim ramieniu. Podobnie do niego, podciągnąłem nogi pod siebie, a głowę wciąg wciąg­nąłem w koszulę; wyglądało to jak ogromna poduszka w pośpiechu rzucona na trzecim „pokładzie” przy schodze­niu na podłogę.

Zapanowała cisza. Przed kojami stały wyprężone na baczność „zwłoki” w nocnych koszulach.

- Wróć! - zagrzmiało wśród nocnej ciszy.

Znów wspinaczka na trzecie piętro i postawa „leżeć” pod naciągniętym kocem.

Cisza. Długa chwila ciszy. Czyżby mat zmienił dziś tak­tykę? Nie! Przegląda na razie nasze buty „rycerskie”. Nie czekamy zbyt długo - po raz trzeci pada głośna i dźwięczna komenda.

- Pobudka, pobudka, wstaaać!!!

Dłoni Starca tym razem nie ma na moim ramieniu. Wyrzucamy się jak z procy i zastygamy na podłodze w postawie „baczność”. Mat ma silnie rozwiniętą wyobraź­nię. W jednej chwili przewiduje potworny nalot.

- Lotnik, kryj się! - brzmi jego następna, pełna tro­ski o nas komenda.

Padamy na podłogę i chowamy dłonie pod szafki, któ­re długim rzędem stoją z przeciwnej strony izby. Więcej nic nie da się ukryć pod szafkami, tylko dłonie.

- Wróć! - uspokajająca komenda mata kończy „na­lot”. Jeszcze tylko króciutkie sprawdzenie znajomości musztry:

- W dwuszeregu na stole zbiórka!

Na długim, lecz wąskim, ciągnącym się przez całą izbę żołnierską stole ustawia się w dwuszeregu oddział w noc­nych koszulach.

- Czwórki w prawo zwrot! - komenderuje niezrów­nany mat.

- Vir incomparabilis[12] - szepce Starzec używając określenia Zagłoby.

Na wykonanie rozkazu „czwórki w prawo zwrot!” stół jest za wąski. Zadanie niewykonalne. Stojący na stole usi­łują utrzymać „zwłoki” na wpół wiszące w powietrzu, wsparte o stół już tylko jedną nogą. Przez jakąś chwilę udaje się w ten sposób zachować szyk, ale po sekundzie część oddziału spada na podłogę.

- Spocznij, rozejść się! - komenda ta kończy spraw­dzanie naszej gotowści bojowej, zaprawy do walki z lot­nictwem oraz znajomości musztry.

* * *

„Perły rycerskiego humoru”, zrodzone dzięki matom i bosmanmatom z Kaiserliche Kriegsmarine, którzy znaleź­li się teraz w kadrze polskiej marynarki, miały rozmaite odcienie. Był na przykład w Świeciu jeden bosmanmat, znany nam jeszcze ze Szkoły Morskiej w Tczewie, do któ­rej przyjeżdżał na sobotnie popołudnia ćwiczyć z nami „pochody duchów”; tak nazywał jedno z ćwiczeń polega­jące na marszu na palcach z karabinami wzniesionymi do góry. W kadrze uczył on nas... historii Polski.

Był w kadrze również sierżant, który przyjechał kiedyś do Tczewa z wykładem o gazach trujących. Sierżant wszedł do sali gimnastycznej, gdzie byliśmy zgromadzeni, wyprostowany, pewny siebie i swej znajomości przedmio­tu. Widok uczniów ubranych w wyjściowe mundury, z naramiennikami ze złotymi kotwicami - zdumiał go nie­co. Doszedł do przekonania, że wykład musi zacząć ina­czej niż zwykle i podnieść znacznie jego poziom, bo audy­torium nie jest takie, jakie miewał dotychczas. Po chwilo­wym namyśle założył palce prawej ręki na piersi, między guziki, tak jak to miał w zwyczaju Napoleon, prawą nogę wysunął naprzód, zrobił głęboki wdech i rozpoczął:

- Nie jestem ani Mickiewiczem, ani Słowackim, ani żadnym innym fizolofem. Mówić będę wprost. Gazy dzielimy na...

вернуться

11

Sopor opressit (łac.) - sen zmorzył.

вернуться

12

Vir incomparabilis (łac.) - mąż niezwykły, niezrównany