Выбрать главу

Bez zawiadomienia dowódcy i bez jego zezwolenia za kochany podchorąży, świetnie wyszkolony w Szkole Pod­chorążych Marynarki Wojennej w Toruniu, sprowadził samodzielnie okręt pomocniczy „Nurek” i rozpoczął przy jego pomocy poszukiwania zaręczynowego pierścionka.

Dowódca okrętu, który wyszedł na pokład i ze zdumie­niem zobaczył nurków koło swojej jednostki, zażądał wy­jaśnień. Opowiedziano mu z uciechą o mimowolnych za­ręczynach podchorążego z morzem. Mimo ostrzeżeń na temat gwałtowności uczuć młodego „rycerza” - zażądał od Sperlinga wytłumaczenia się z samowolnych kroków. Dowiedział się tylko tyle, że on, dowódca, oraz cała flota mieszczą się u podchorążego w nosie i że tenże podchorą­ży nie myśli poświęcać swego szczęścia dla kogokolwiek na świecie.

Dowódca - mimo że prywatnie odnośnie szczęścia był tego samego zdania co i podchorąży - zgodnie z regula­minem „rycerskim” zrewanżował się za chwilowe miejsce swego pobytu, umieszczając zakochanego „rycerza” w skromnym, lecz dobrze zamkniętym pomieszczeniu na lą­dzie.

Od tego czasu wiadomo, że Bałtyk jest „zaślubiony” dwoma pierścieniami, jednym - generała Hallera, dru­gim - nikomu prawie nie znanego podchorążego Sper­linga.

* * *

Ci z nas, którzy stali się już „rycerzami” - mieli moż­ność wyjazdu do Francji. Kompania Chargeurs Reunis, chętnie przyjmowała naszych absolwentów na statki cho­dzące do Indochin. Toteż o Sajgonie mówiliśmy tak, jak­by leżał nad Bałtykiem.

Deszcz niesiony zachodnim wiatrem znad Atlantyku przywitał Szermierza, gdy wyszedł z dworca na ulice fran­cuskiego portu Le Havre. W godzinę po przyjeździe Szer­mierz meldował się już na olbrzymim statku Chargeurs Reunis, utrzymującym stałą komunikację z Indochinami. Z rozmowy z kapitanem wywnioskował, że ten doskonale mówi po francusku. Natomiast kapitan był zupełnie od­miennego zdania o znajomości języka francuskiego u pol­skiego eleve-officier.

Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami - z kim ma trzy­mać wachtę i w którym miejscu znajdować się podczas stacji manewrowych - Szermierz udał się wkrótce na ru­fowy pokład gotowego do drogi parowca jako pomocnik drugiego oficera. Ten ostatni jakoś się nie zjawiał.

Zapada noc, a deszcz nie przestaje padać ani na chwilę. Szermierz podnosi kołnierz ceratowego płaszcza i staje za budką telefoniczną, by się zasłonić od wiatru. Tuż koło niego zaczyna dzwonić telefon łączący rufę z mostkiem. Drugiego oficera wciąż jeszcze nie ma. Nie namyślając się długo eleve-officier polonais podnosi słuchawkę i słyszy słowa, których mu nie przekazał ani Pierre Loti ani Claude Farrere.

Bez wątpienia jest to rozkaz, który coś znaczy. Szer­mierz, nic nie rozumiejąc, powtarza go tak głośno, by us­łyszał bosman stojący wraz z marynarzami przy linach i windach gotowych do odcumowania statku. Bosman, zwany w gwarze marynarzy francuskich bosco, natych­miast odkrzykuje usłyszany rozkaz. W Szermierza, uczest­niczącego pierwszy raz w życiu w odcumowaniu olbrzy­miego parowca, wstępuje nagle otucha.

Znów dzwoni telefon. Szermierz znów nie rozumie słów, ale krzyczy teraz jeszcze głośniej, powtarzając pos­łyszany rozkaz do telefonu tak, by go dobrze słyszał na dole bosman. Również i bosman powtarza głośno otrzy­many rozkaz, żeby go samotny eleve słyszał, bo się w ciemności nie widzą.

Jak dotychczas, wszystko idzie sprawnie. Jedna po dru­giej opadają liny łączące statek z lądem. Drugiego oficera wciąż nie ma.

Znów telefon. Prawdopodobnie teraz chodzi już o ostatnią linę. Eleve z werwą powtarza rozkaz, tak jakby to robił od urodzenia. Bosco podchwytuje polską werwę Szermierza, wiedząc zresztą doskonale, że nadal nie ma drugiego oficera.

Teraz eleve już wie: w momencie gdy ostatnia cuma znajdzie się nad wodą i będzie można kręcić śrubą bez obawy o wplątanie się w nią liny, bosco musi mu zameldować, że „rufa czysta”. Rzeczywiście: bosman woła do­nośnie i wyraźnie to, co należy powiedzieć przez telefon.

Szermierz chwyta słuchawkę, wywołuje oficera na mostku i krzyczy w mikrofon, imitując te same dźwięki, które usłyszał przed chwilą od bosmana.

Szum śruby radośnie brzmi w uszach Szermierza. Wiel­ki parowiec mija główkę wyjściową portu. Telefon z mostku. Znów eleve powtarza głośno usłyszany rozkaz. Bosco odpowiada. Z ciemności wyłania się le matelot[13] z pokrowcem na telefon. Szermierz opuszcza stanowisko manewrowe, za nim schodzi bosman z marynarzami.

Hosanna! - śpiewa coś w duszy Szermierza. W ząb nic nie rozumiejąc, „odrobił” całe manewry za siebie i za drugiego oficera. Maszeruje na mostek, by się dowiedzieć, czego jeszcze może dokonać?

Na mostku drugi oficer gęsto się właśnie tłumaczy przed kapitanem, że go nie obudzono w porę na manew­ry:

- Nom de Dieu! - woła rozweselony kapitan. - To któż za ciebie z nami rozmawiał?

„Drugi” spostrzega bosmana, który również zjawił się na mostku:

- Bosco, kto rozmawiał przez telefon podczas manewrów?

- Notre eleve-officier polonais! - z uznaniem mówi bosman.

Kapitan zmienia natychmiast zdanie o opanowaniu ję­zyka francuskiego przez „naszego polskiego asystenta”. Zasypuje teraz Szermierza lawiną słów, z których ten ani jednego nie może zrozumieć. Wreszcie eleve zdobywa się na prośbę, by kapitan mówił wolno, ponieważ nic nie ro­zumie.

Kapitan razem z oficerami jest zupełnie zdezorientowa­ny: czy eleve udawał na manewrach, że umie, czy udaje teraz, że nie umie?

Gdy po sześciu miesiącach wychodzili z Le Havre w następny rejs do Indochin, Szermierz dziwił się bardzo, że wówczas nie rozumiał tak prostych i łatwych słów.

* * *

Tymczasem w Polsce powstały pierwsze przedsiębiorstwa żeglugowe: Żegluga Polska oraz Polsko-Brytyjskie Towa­rzystwo Okrętowe. To ostatnie posiadało wtedy cztery parowce towarowo-pasażerskie, utrzymujące komunikację pomiędzy Gdańskiem a Londynem i Hulclass="underline" „Premier”, „Warszawa”, „Łódź” oraz „Rewa”.

Trafiłem na „Rewę” w charakterze starszego maryna­rza. Zamieszkałem w klasycznym kubryku, niemal takim samym jak na starych żaglowcach, wciśniętym w sam dziób statku PRZED MASZTEM[14]. Przez kubryk prze­chodziły dwie grube rury, którymi biegły łańcuchy ko­twiczne. Pomiędzy nimi zamocowano żelazny piecyk, coś w rodzaju

вернуться

13

Le matelot (franc.) - marynarz.

вернуться

14

Wyrażenie „przed masztem” było synonimem służby w charakterze zwykłego marynarza. Oficerowie mieszkali zawsze na rufie.