Bez zawiadomienia dowódcy i bez jego zezwolenia za kochany podchorąży, świetnie wyszkolony w Szkole Podchorążych Marynarki Wojennej w Toruniu, sprowadził samodzielnie okręt pomocniczy „Nurek” i rozpoczął przy jego pomocy poszukiwania zaręczynowego pierścionka.
Dowódca okrętu, który wyszedł na pokład i ze zdumieniem zobaczył nurków koło swojej jednostki, zażądał wyjaśnień. Opowiedziano mu z uciechą o mimowolnych zaręczynach podchorążego z morzem. Mimo ostrzeżeń na temat gwałtowności uczuć młodego „rycerza” - zażądał od Sperlinga wytłumaczenia się z samowolnych kroków. Dowiedział się tylko tyle, że on, dowódca, oraz cała flota mieszczą się u podchorążego w nosie i że tenże podchorąży nie myśli poświęcać swego szczęścia dla kogokolwiek na świecie.
Dowódca - mimo że prywatnie odnośnie szczęścia był tego samego zdania co i podchorąży - zgodnie z regulaminem „rycerskim” zrewanżował się za chwilowe miejsce swego pobytu, umieszczając zakochanego „rycerza” w skromnym, lecz dobrze zamkniętym pomieszczeniu na lądzie.
Od tego czasu wiadomo, że Bałtyk jest „zaślubiony” dwoma pierścieniami, jednym - generała Hallera, drugim - nikomu prawie nie znanego podchorążego Sperlinga.
Ci z nas, którzy stali się już „rycerzami” - mieli możność wyjazdu do Francji. Kompania Chargeurs Reunis, chętnie przyjmowała naszych absolwentów na statki chodzące do Indochin. Toteż o Sajgonie mówiliśmy tak, jakby leżał nad Bałtykiem.
Deszcz niesiony zachodnim wiatrem znad Atlantyku przywitał Szermierza, gdy wyszedł z dworca na ulice francuskiego portu Le Havre. W godzinę po przyjeździe Szermierz meldował się już na olbrzymim statku Chargeurs Reunis, utrzymującym stałą komunikację z Indochinami. Z rozmowy z kapitanem wywnioskował, że ten doskonale mówi po francusku. Natomiast kapitan był zupełnie odmiennego zdania o znajomości języka francuskiego u polskiego eleve-officier.
Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami - z kim ma trzymać wachtę i w którym miejscu znajdować się podczas stacji manewrowych - Szermierz udał się wkrótce na rufowy pokład gotowego do drogi parowca jako pomocnik drugiego oficera. Ten ostatni jakoś się nie zjawiał.
Zapada noc, a deszcz nie przestaje padać ani na chwilę. Szermierz podnosi kołnierz ceratowego płaszcza i staje za budką telefoniczną, by się zasłonić od wiatru. Tuż koło niego zaczyna dzwonić telefon łączący rufę z mostkiem. Drugiego oficera wciąż jeszcze nie ma. Nie namyślając się długo eleve-officier polonais podnosi słuchawkę i słyszy słowa, których mu nie przekazał ani Pierre Loti ani Claude Farrere.
Bez wątpienia jest to rozkaz, który coś znaczy. Szermierz, nic nie rozumiejąc, powtarza go tak głośno, by usłyszał bosman stojący wraz z marynarzami przy linach i windach gotowych do odcumowania statku. Bosman, zwany w gwarze marynarzy francuskich bosco, natychmiast odkrzykuje usłyszany rozkaz. W Szermierza, uczestniczącego pierwszy raz w życiu w odcumowaniu olbrzymiego parowca, wstępuje nagle otucha.
Znów dzwoni telefon. Szermierz znów nie rozumie słów, ale krzyczy teraz jeszcze głośniej, powtarzając posłyszany rozkaz do telefonu tak, by go dobrze słyszał na dole bosman. Również i bosman powtarza głośno otrzymany rozkaz, żeby go samotny eleve słyszał, bo się w ciemności nie widzą.
Jak dotychczas, wszystko idzie sprawnie. Jedna po drugiej opadają liny łączące statek z lądem. Drugiego oficera wciąż nie ma.
Znów telefon. Prawdopodobnie teraz chodzi już o ostatnią linę. Eleve z werwą powtarza rozkaz, tak jakby to robił od urodzenia. Bosco podchwytuje polską werwę Szermierza, wiedząc zresztą doskonale, że nadal nie ma drugiego oficera.
Teraz eleve już wie: w momencie gdy ostatnia cuma znajdzie się nad wodą i będzie można kręcić śrubą bez obawy o wplątanie się w nią liny, bosco musi mu zameldować, że „rufa czysta”. Rzeczywiście: bosman woła donośnie i wyraźnie to, co należy powiedzieć przez telefon.
Szermierz chwyta słuchawkę, wywołuje oficera na mostku i krzyczy w mikrofon, imitując te same dźwięki, które usłyszał przed chwilą od bosmana.
Szum śruby radośnie brzmi w uszach Szermierza. Wielki parowiec mija główkę wyjściową portu. Telefon z mostku. Znów eleve powtarza głośno usłyszany rozkaz. Bosco odpowiada. Z ciemności wyłania się le matelot[13] z pokrowcem na telefon. Szermierz opuszcza stanowisko manewrowe, za nim schodzi bosman z marynarzami.
Hosanna! - śpiewa coś w duszy Szermierza. W ząb nic nie rozumiejąc, „odrobił” całe manewry za siebie i za drugiego oficera. Maszeruje na mostek, by się dowiedzieć, czego jeszcze może dokonać?
Na mostku drugi oficer gęsto się właśnie tłumaczy przed kapitanem, że go nie obudzono w porę na manewry:
- Nom de Dieu! - woła rozweselony kapitan. - To któż za ciebie z nami rozmawiał?
„Drugi” spostrzega bosmana, który również zjawił się na mostku:
- Bosco, kto rozmawiał przez telefon podczas manewrów?
- Notre eleve-officier polonais! - z uznaniem mówi bosman.
Kapitan zmienia natychmiast zdanie o opanowaniu języka francuskiego przez „naszego polskiego asystenta”. Zasypuje teraz Szermierza lawiną słów, z których ten ani jednego nie może zrozumieć. Wreszcie eleve zdobywa się na prośbę, by kapitan mówił wolno, ponieważ nic nie rozumie.
Kapitan razem z oficerami jest zupełnie zdezorientowany: czy eleve udawał na manewrach, że umie, czy udaje teraz, że nie umie?
Gdy po sześciu miesiącach wychodzili z Le Havre w następny rejs do Indochin, Szermierz dziwił się bardzo, że wówczas nie rozumiał tak prostych i łatwych słów.
Tymczasem w Polsce powstały pierwsze przedsiębiorstwa żeglugowe: Żegluga Polska oraz Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe. To ostatnie posiadało wtedy cztery parowce towarowo-pasażerskie, utrzymujące komunikację pomiędzy Gdańskiem a Londynem i Hulclass="underline" „Premier”, „Warszawa”, „Łódź” oraz „Rewa”.
Trafiłem na „Rewę” w charakterze starszego marynarza. Zamieszkałem w klasycznym kubryku, niemal takim samym jak na starych żaglowcach, wciśniętym w sam dziób statku PRZED MASZTEM[14]. Przez kubryk przechodziły dwie grube rury, którymi biegły łańcuchy kotwiczne. Pomiędzy nimi zamocowano żelazny piecyk, coś w rodzaju
14
Wyrażenie „przed masztem” było synonimem służby w charakterze zwykłego marynarza. Oficerowie mieszkali zawsze na rufie.