litewskiego „znicza”. Do burt - jak gniazda jaskółcze - było przyczepionych osiem koi. W kubryku tym mieszkało osób sześć i pół: sześciu starszych marynarzy oraz chłopak do obsługiwania nas.
Po zamustrowaniu na statek wprowadził mnie do kubryku bosman, z wyglądu prawdziwy Tomcio Paluch z dużymi wąsami. Był to Kaszub o ptasim nazwisku, posiadający - jak się później dowiedziałem - trzynaścioro dzieci. Z tego co mówił do mnie, niewiele zrazu rozumiałem. Rzuciłem swój worek marynarski na wskazaną koję i przedstawiłem się siwemu marynarzowi siedzącemu na wyższej koi z nogami spuszczonymi nad moją. Też Kaszub, miał dla odmiany nazwisko czysto rybie. Bosman mówił dużo, ten - dużo milczał.
Po kubryku uganiał się miły, mały i dobrze odżywiony chłopak - Tadzio. Od niego dowiedziałem się, że przyniesie mi czystą bieliznę pościelową, poduszkę i koce; że oprócz śniadania, obiadu i kolacji prowiant wydawany jest na cały tydzień, że o kawę lub herbatę troszczy się on, jak również o obiad i kolację.
Kubryk jaśniał czystością. Sufit i ściany pokrywał miałki korek zamalowany białą olejną farbą. Koje również były pomalowane na biało, z wyjątkiem szerokich desek chroniących przed wypadnięciem, które pociągnięto ciemnym lakierem. Pokład idealnie wyszorowany, żarówki paliły się pod czysto wymytymi szkłami ochronnymi. Duży stół, doczepiony do ściany kubryku, zaścielał czysty obrus towarzystwa Ellermans Wilson Linę, z którego wzięło swój początek Polsko-Brytyjskie Towarzystwo Okrętowe. Nad stołem wisiała polska bandera. W kubryku było ciepło od rozpalonego piecyka, koło którego stała skrzynia żelazna z węglem.
Szybko przebrałem się w robocze drelichy i ruszyłem na pokład do roboty. Dołączyłem do cieśli i pozostałych marynarzy zajętych „zejklarem”, czyli przygotowywaniem statku do wyjścia w morze. Zakładaliśmy w otworach ładowni szersztoki - szerokie żelazne szyny, na których opierają się dwumetrowej długości i przeszło pół metra szerokie deski łukowe. Dopiero na to wszystko przychodzą po trzy brezenty z grubego płótna, specjalnie impregnowanego. Brezenty zaciska się żelaznymi sztabami i zaklinowuje dębowymi kołkami. Potem całą ładownię „laszuje się” grubymi, trzycalowymi linami, które tworzą coś na kształt sieci na brezentach. Do „zejklaru” należy też opuszczenie w przygotowane gniazda, rozbrojenie i umocowanie olbrzymich bomów ładunkowych.
Przy pracy poznałem bliżej swego kolegę z wachty. Spytał mnie o imię, a gdy mu powiedziałem, wymienił swoje - Romek. Oznajmił mi, że będziemy mówili do siebie po imieniu i w przerwie „na papierosa” spytał, czy znam dowcip o jego ciotce i kocie? Powiedziałem, że jeszcze nie, więc zaczął mi zaraz opowiadać: ciotka jego mieszka w Gdańsku i ma czarnego kota oraz papugę...
Ale w tej chwili bosman przerwał mu opowiadanie, wołając:
- Diachli, Romek! Baum jest ruten[15], a ty o tym kocie...
Romek skończył palić i zaczęliśmy klarować bomy nad ładowniami. Całe zwoje lin należało zwinąć i związać - ładownia po ładowni, aż do wieczora. W śnieżycy, która ogarnęła port, skończyliśmy „zejklar”.
Podczas manewrów wyjściowych znalazłem się na rufie. W oczekiwaniu na puszczenie ostatniej liny rufowej Romek zdążył mi opowiedzieć, że ciotka razem z kotem i papugą mieszkała w Gdańsku, na czwartym piętrze. I znów musiał przerwać opowiadanie, bo trzeba było zwolnić tę ostatnią rufową linę, potem ją wybrać i sklarować.
Gdy oddaliśmy pilota, była dwudziesta z minutami. Poszedłem na oko. Stojąc wśród wichury i śnieżnych szkwałów usiłowałem zobaczyć jakieś światło, by dać o nim znać na mostek. Służył do tego ogromny dzwon: jedno uderzenie - światło z prawej burty, dwa uderzenia w dzwon - światło z lewej burty, trzy uderzenia - światło na kursie, to znaczy przed dziobem. Chłód straszny. Nie przypuszczałem, iż na wodzie zimą może być aż tak zimno. Byłem cały niemal zdrętwiały. Myślałem, że nigdy nie doczekam się zmiany.
Przyszedł wreszcie Romek, by mnie zmienić. Miałem teraz pełnić dyżur na śródokręciu, taki niby odpoczynek przed służbą na sterze. Według praktycznej rady Romka można było pójść do kuchni, w której jest gorąca herbata.
- Otwórz iluminator, to będziesz słyszał gwizdek z mostku - dodał Romek.
W drodze do kuchni przypomniał mi się nasz zacny kucharz ze szkoły i ze „Lwowa” - Słowikowski. Jak słyszałem ostatnio, ten nasz bohater wojny rosyjsko-japońskiej ciężko podobno zachorował i zmarł. Z żalem myślałem o nieboszczyku, zawdzięczałem jemu tyle sytych chwil. Zimą w Szkole Morskiej czy na „Lwowie” podczas podróży zawsze mi zostawiał miedniczkę czegoś dobrego. W szkole miałem nawet przyznaną drugą rację przez lekarza, ale w morzu z utęsknieniem czekałem na silniejszą falę i wiatr, które pozbawiały apetytu wielu kolegów. Miałem wtedy jedzenia w bród. Bez pomocy kucharza nigdy bym nie wytrzymał...
Postanowiłem natychmiast zawrzeć znajomość z kucharzem na „Rewie”. Wsunąłem się do ciemnego korytarzyka przed kuchnią. I raptem w smudze światła padającego przez uchylone drzwi zobaczyłem żywe wcielenie nieboszczyka, naszego kucharza ze „Lwowa”.
Duch! - pomyślałem. - Z zimna i z głodu przywidziało mi się może? - Ale nieboszczyk nie znikał. Stał w jednym miejscu i uśmiechał się, jakby mnie poznając. Byłem oszołomiony. Przypomniał mi się najskuteczniejszy środek na duchy. Przeżegnałem go, mówiąc: - Wszelki duch Pana Boga chwali!
Widmo nie znikło. Kucharz uśmiechając się odpowiedział:
- I ja go chwalę! Opowiadaj, co u ciebie słychać? Pewnie głodny jesteś? Widziałem cię na pokładzie, ale nie miałem nawet czasu, by podejść. Mam tu dla ciebie coś dobrego. Tutaj nie „Lwów”. Chodź!
Za chwilę dowiedziałem się o ciężkiej chorobie kucharza, jej przebiegu i szczęśliwym zakończeniu. Gdy kończyłem jeść drugą kaczkę, niedoszły nieboszczyk powiedział z zachwytem:
- Ale ty to nic się nie zmieniłeś!
Nie zdążyłem jeszcze dopić gorącej herbaty, gdy usłyszałem gwizdek z mostku. Pobiegłem szybko na górę. Chodziło o „przyniesienie logu”.