Oficer wachtowy, nauczony przykrym doświadczeniem nabytym w poprzednim rejsie, zaczai mi gorliwie tłumaczyć, że za statkiem wlecze się lina, do której przyczepiona jest śruba. Drugi koniec liny zaczepiony jest do małego koła rozpędowego, a to z kolei sprzężone jest z zegarem pokazującym liczbę przebytych mil na podstawie obrotów holowanej na linie śruby. Muszę mieć latarkę elektryczną i odczytać, ile przebytych mil pokazują wskazówki logu na tarczy zegara. Wielka wskazówka wskazuje pełne mile, wskazówka w małym kółku - dziesiętne mili. Kazał mi zapamiętać, że jeśli otrzymam polecenie „przynieść log”, to żebym nie odkręcał zegara i nie przynosił go na mostek, jak to zrobił mój poprzednik. Należy jedynie odczytać ilość mil, wskazaną na tarczy, i przekazać wiadomość oficerowi. I jeszcze na wszelki wypadek pouczył mnie, że jeżeli polecą mi „wyrzucić log”, to żebym nie zrobił tego samego, co już kiedyś zrobił ktoś na tym statku, najzwyczajniej - wyrzucił cały log za burtę, twierdząc, że taki otrzymał rozkaz.
Słuchając tych instrukcji myślałem, że oficer kpi ze mnie lub opowiada ograne w całej flocie dowcipy. Ale Romek potwierdził później, że cuda, jakie się tutaj zdarzały z „ludźmi z lasów”, przechodziły wszelkie wyobrażenia. Na marynarzy zgłaszali się podówczas ludzie nie mający pojęcia o pracy na statku. Co najgorsze, często pakowali ręce w bloki, a przy cumowaniu nogi w liny stalowe, narażając się na kalectwo.
Każdą godzinę i dwadzieścia minut, które przypadały na nasze kolejne służby podczas pierwszej wachty po wyjściu z portu, przedłużano o dalsze dwadzieścia minut, by mieć od razu czas londyński. W ten sposób wachta „rozrosła” się z czterech do pięciu godzin. Za dwadzieścia jedenasta poszedłem na ster. Czas dłużył mi się bardzo. Robiłem wszystko, żeby nie zasnąć. Z napiętą uwagą wyprzedzałem każdą chęć statku do zejścia z kursu, przeciwdziałając jej sterem.
Przez malutkie okienko w ścianie za plecami zobaczyć można było zegar w kabinie nawigacyjnej. Zanotowałem godzinę w pamięci i postanowiłem popatrzeć drugi raz dopiero po pół godzinie. Sterowałem walcząc z zimnem i ze snem przez dłuższy czas. Udawało mi się sterować z dokładnością do kilku stopni. - No, teraz minęło pół godziny - pomyślałem. Odwróciłem się i sprawdziłem na zegarze. Upłynęły dokładnie dwie minuty...
Doczekałem się wreszcie godziny dwudziestej czwartej. W kubryku zabraliśmy się szybko do podrzucenia węgla do piecyka, a potem do jedzenia. O kaczkach zupełnie już zapomniałem. Zabrałem się do łososia z puszki. Gdy się zaniepokoiłem, że może zjadam czyjąś porcję, uspokoił mnie Romek, twierdząc, iż jedzenia zawsze zostaje. W Gdańsku dają je jeszcze „kundom” i „biczkommerom”[16].
Nie mogłem dociec, jaka jest różnica pomiędzy ,,kundą” a „biczkommerem”? Z wyjaśnień Romka wynikało, że „biczkommerzy” to marynarze, którzy znaleźli się przejściowo na lądzie. Natomiast „kunda” to ani marynarz, ani palacz. Na zimę stara się dostać do kotłowni - bo cieplej, latem na pokład - bo chłodniej, ale pracuje również na lądzie, a na statek idzie bez specjalnego entuzjazmu.
Po lekkim posiłku usiłowałem pomieścić się w koi. Przez cały okres pobytu w Szkole Morskiej spałem ze stopami wysuniętymi przez pręty zbyt krótkiego łóżka. Pocieszałem się, że podobno w marynarce japońskiej wszyscy muszą spać z odkrytymi stopami. Jednakże teraz wyciągnięcie się w tym pudełku od zapałek - zwanym szumnie koją - było niepodobieństwem.
Figury geometryczne, które zastosowałem, nie dały pożądanego rezultatu: kąt prosty pod kolanami przydał się nie na długo. Spanie po przekątnej - mowy nie ma! Chyba po cięciwie, ale wówczas moje ciało musiałoby zmienić się w łuk. Wykluczone! Zostawić nogi od kolan jako styczne do koi, z podstawą w postaci ławy? Nierealne! Sinusoida w prostokącie - tylko na jakieś dziesięć minut. Cosinusoida - też na dziesięć minut. Z twarzą i brzuchem jako przyległymi, stopy na prostopadłej do ciała, wzniesione do góry? Absurd!
Wybawiła mnie z kłopotu zapamiętana lekcja o życiu ludzi w średniowieczu. Łóżka były wtedy małe i krótkie, spano prawie siedząc. Jeśli mogli tak spać w ciągu całej epoki, może i ja potrafię to zrobić przez te nędzne trzy godziny, jakie mam do dyspozycji na sen? Pozostało więc tylko jedno: przenieść się myślami w średniowiecze i spać siedząc. Innego wyjścia nie było.
Po trzech dniach pobytu na statku odnosiłem wrażenie, że jestem na nim już miesiące. Złudzenie to dawała mi niezliczona ilość posiłków oraz wstawania i kładzenia się spać. Po zejściu z wachty o godzinie dwudziestej czwartej i po zjedzeniu kolacji zasypialiśmy o pół do pierwszej. Budzono nas już za dwadzieścia czwarta. O czwartej wychodziliśmy na wachtę. O ósmej - śniadanie, o pół do dziewiątej znów śpimy, ale o pół do dwunastej jest obiad, a o dwunastej następna wachta do szesnastej. Gdybyśmy choć mogli spać potem do dwudziestej, ale nie: o godzinie osiemnastej znów musimy wyjść na dwugodzinną służbę. Teraz dopiero zrozumiałem pojęcie „ostatnia psia wachta”.
Nie lepsza też była „pierwsza psia wachta”, gdy po ośmiu godzinach pracy następowały znów dwie godziny służby i jeszcze cztery po dwóch godzinach przerwy. Pływaliśmy bowiem na dwie wachty i trzy lub cztery razy na dobę trzeba było kłaść się spać. Nasz statek był prawdziwym żeglugowym „asyndetonem”[17]: poza trzema słowami - pracuj, jedz, śpij - nie istaniały żadne inne. Wszystkie zaś te trzy słowa stanowiły jedynie odmiany terminu „służba”.
Utrzymywanie całego statku w czystości, malowanie, skrobanie rdzy, czyszczenie, mycie pokładów, reperacja brezentów, plecenie stropów do załadunku - cała ta ogromna ilość prac wprost proporcjonalnie oddziaływała na mój apetyt. pq paru dniach z przyniesionych przez Tadka racji żywnościowych na siedmiu ludzi - nie pozostało nic. Wszyscy wpadli w zdziwienie, ja również.
- Tyle dotychczas pozostawało - mówili koledzy - a teraz nie ma już nic po trzech dniach.
Nie śmiałem odezwać się na ten temat, dziwiłem się tylko w duchu, że to jednak tak szybko poszło. A przecież u kucharza też zawsze coś się dla mnie znalazło: kilka porcji gęsi, kurczaków czy kaczek. Jedzenia było w bród, ponieważ pogoda trzymała się ciężka, sztormowa i pasażerowie prawie nic nie jedli.
17
Asyndeton (z gr.) - figura retoryczna polegająca na opuszczeniu spójników między wyrazami lub zdaniami współrzędnymi.