Выбрать главу

Wiadomość o głodzie w naszym kubryku przez kucha­rza dotarła do prowiantowego. Uzupełnił on jakoś nasze braki, tak że dotrwaliśmy do nowych racji. Tym razem racje zostały podzielone na każdego, to co mu się należa­ło. Kiedy człowiek normalnie raz na dobę kładzie się spać, to odpowiednio do tego funkcjonuje cały jego orga­nizm. Jeśli jednak człowiek kładzie się spać cztery razy na dobę, organizm musi również odpowiednio funkcjono­wać: po dwóch dniach z mojej siedmiodniowej racji nie pozostało nic.

Kubryk orzekł, że jestem chory, bo mało jeść nie mogę. Każdy oddał mi, co mu pozostało i przy zwiększonej po­mocy kucharza jakoś załatałem niedobory jedzenia.

Od nieustannej pracy pęczniały mi mięśnie. Wychodząc na ląd z trudem wciągałem na siebie cywilne ubranie. Siłą swoją potrafiłem rozczulić nawet bosmana. Gdy po wy­myciu pokładu ogłosiliśmy, że ci, którzy nie będą wycie­rali nóg przy trapie, otrzymają angielskie spanking czyli polskie „w skórę” - stałem akurat przy trapie. Nóg nie wytarł jeden z naszych palaczy.

Palaczy, podobnie jak i nas „przed masztem”, było sześciu. Pływali wszyscy na tym statku od dłuższego już czasu i stanowili najsympatyczniejszy zespół, jaki było można sobie wyobrazić. Na miasto wychodzili ubrani jak mężowie stanu. Palaczy z naszego statku obowiązywał bowiem melonik, biały jedwabny szalik, palmerston[18], spodnie szare w czarne prążki, w ręku - hebanowa laska ze srebrną gałką.

Najmilszy z palaczy był „Charlie”. Czarował wszyst­kich swą umiejętnością tresowania kotów. Potrafił na przykład nauczyć małego kotka, by pokazywał, jak śpią małe dzieci. Kotek posłusznie zakładał łapki za uszy, układał się na poduszce Charliego i głośno mruczał.

Charlie nóg jednak nie wytarł. Położyłem go sobie na lewą rękę, podniosłem do góry i wsypałem zapowiedzianą porcję „spankingów”. Najbardziej był zachwycony bos­man, na którego oczach to się odbywało.

- Diachli! - powiedział. - To było do widzenia.

I przyniósł puszkę łososia, by mi sił przybywało.

W dosyć krótkim czasie zrobiłem duże postępy w gwa­rze kaszubskiej. Jest to najłatwiejszy język na świecie. Wystarczyło znać trzy słowa, by czuć się na statku wśród Kaszubów jak w rodzinie. Były to słowa: ruten, bene i dubas. „Ruten” znaczyło wszystko na zewnątrz, „bene” - wszystko do środka i w środku; słowo „dubas” ozna­czało każdą rzecz na świecie, której właściwej nazwy się nie wiedziało.

Sternik manewrowy, stary Kaszub śpiący nad moją ko­ją, wolny czas w portach spędzał na przekładaniu czegoś z jednego woreczka do drugiego. Siedział przy tym za­wsze z nogami spuszczonymi nad moją koję, tak jak go poznałem. Woreczki trzymał na kolanach. Co w nich miał, nigdy się nie dowiedziałem.

W czasie postojów w Londynie lub Hull wszyscy mary­narze wolni od służby chodzili do teatrzyków, w których wyświetlano też i filmy, lub na balet czy popisy akroba­tyczne, słowem - na wszystko co mogło podtrzymać człowieka o potrójnie przyspieszonym życiu na statku. Sternik manewrowy zostawał na swej koi i przekładał z woreczka do woreczka nieznaną nam zawartość.

Spytałem go raz, czy był kiedykolwiek w którymś z londyńskich teatrzyków? Odpowiedział, że nie był nigdy „ruten”, zawsze jest „bene”. Zaproponowałem więc, abyśmy poszli razem. Akurat w tym rejsie staliśmy w Londynie. Ociągając się, zgodził się bardzo niechętnie. Od tego czasu, gdy tylko brzegi Wielkiej Brytanii ukazy­wały się przed nami, nasz sternik manewrowy zastrzegał sobie, że w każdy wolny wieczór pójdziemy razem do tea­tru. I za każdym razem bywał tak zachwycony, że dla og­lądania jego radości mógłbym z nim chodzić choćby co dzień.

Kiedyś spotkaliśmy się w porcie z drugim statkiem na­szej kompanii i zostałem zaproszony na obiad przez kole­gów z Tczewa, którzy byli na nim oficerami. Sternikowi i mnie „urwało się” wspólne wyjście do teatru. Gdy się szykowałem do wizyty, mój kompan, zazwyczaj siedzący spokojnie na koi, zaczął uwijać się po kubryku. Przycho­dził, wychodził, coś przynosił. Nie pytałem się, sądząc, że może wybiera się z kim innym lub sam do teatru. Gdy się ubrałem i miałem już wychodzić, zobaczyłem na stole ko­lację, przygotowaną znacznie wcześniej niż wypadało. Sternik podszedł do mnie i oznajmił, że to jest dla mnie. Przypomniałem mu, że właśnie idę na kolację, ale siwy Kaszub pokiwał głową i powiedział:

- Słuchaj! To nie będzie do widzenia, jak ty tam za­czniesz jeść. To będzie wstyd dla całego naszego statku i dla nas, że my ciebie tutaj głodzimy. Ja tu od kucharza przyniosłem dla ciebie kaczkę, z prowiantury - pudełko krabów i dałem swojego „salmona”. Wszyscy proszą, że­byś wychodząc zjadł. To nie będzie do widzenia, jak ty tu nie zjesz.

Cóż miałem zrobić? Nie mogłem przecież zostawić na­szego sternika w rozpaczy. I tak już był smutny, że nie szliśmy do teatru.

Gdy wróciłem, sternik nie spał. Pierwsze jego słowa brzmiały:

- Doch ty tam za wiele nie jadłeś?

Nie mogłem kłamać. Powiedziałem, że było tam coś zupełnie innego niż u nas: krewetki, homary, indyk.

- Nie mogłem przecież im odmówić, bo by się obrazili.

Zęby mógł spać spokojnie, poprosiłem go o coś do przegryzienia. Zlazł z koi, poszedł do swojej szafki i nio­sąc jedzenie powiedział z uśmiechem:

- Ty jesteś fajn chłop!

Zarumieniłem się ze wstydu i na swe usprawiedliwienie przypomniałem, że przecież wie, iż jestem chory i mało jeść nie mogę.

Monotonność naszego „szybkościowego” życia na mo­rzu urozmaicały konie. Woziliśmy je dziesiątkami do ko­palń angielskich. Małe te koniki miały do końca swego życia pozostać pod ziemią, ciągnąc wózki z węglem. Cze­kała je ślepota. Serca nam się krajały, gdyśmy je wyłado­wywali w porcie docelowym ze stajni zbudowanych koło drugiej ładowni.

Małe przerażone koniki cieszyły się, gdyśmy przycho­dzili do nich karmić je i poić. Najbardziej lubiły chleb i cukier. Przypominały mi lata spędzone na wsi, w słynnym oszmiańskim powiecie, „tam gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”. Przypominały mi nocleg z końmi na rojstach[19], rozpalone ogniska na polanach, opowiadania o koniokradach, Cyganach i o napadach wilków na konie, świty w lesie, dogasające ogniska i powroty konno z noc­legu o wschodzie słońca. Konie były wypoczęte, z trudem można je było połapać i dosiąść.

вернуться

18

Palmerston - płaszcz o specjalnym kroju, mocno wcięty w talii.

вернуться

19

Rojsty - bagniste łąki.