Выбрать главу

Te tutaj na statku, stłoczone w ciasnych, prowizorycz­nych stajniach, nie przeczuwały nawet, co je czeka. Wy­mykały się niekiedy na pokład, by pobiegać i rozprosto­wać nogi.

Jeden mały czarny konik swą przemyślnością w wymy­kaniu się ze stajni na pokład i zręcznością we wdrapywa­niu się na ładownię nasunął mi myśl wyprowadzenia go w nocy na wyższy pokład i przejechania się konno. Pod­czas nocnej wachty, gdy panowała cisza i nie było nawet martwej fali, wyprowadziłem mego wierzchowca ze stajni. Dał się bez trudu zaprowadzić na wyższy pokład. Po zejściu ze steru pełniłem właśnie służbę na szkafucie[20]. Już miałem zamiar dosiąść mego czarnego rumaka, gdy usły­szałem gwizdek oficera wachtowego, którym dawał mi znać, abym odczytał log i „przyniósł” na mostek. Nie na­myślając się długo, dosiadłem swego wierzchowca i cwa­łem ruszyłem w kierunku rufy. Konik był tak mały, że mogłem dotknąć nogami pokładu. Galopował raźno. Za­trzymał się na moje „Prrr!” jak na komendę. Poświeciłem sobie latarką, odczytałem log, schowałem latarkę do kie­szeni i zawróciłem rumaka, by znów ruszyć dobrym kłu­sem w drogę powrotną. Bałem się zostawić mego wierz­chowca samego na górnym pokładzie. Sprowadziłem go więc na dół i zaprowadziłem do stajni.

Idąc „z logiem” na mostek byłem pełen radości z po­wodu tej przejażdżki. Nigdy jeszcze na żadnym chyba statku na świecie marynarz nie dosiadł wierzchowca, by konno ze śródokręcia przecwałować na rufę dla odczyta­nia logu.

Oficer wachtowy dziwił się trochę, że tak długo odczy­tywałem log, ale słyszał tętent i domyślał się, że mam kło­poty z końmi. Nic nie przytłumiło więc mej radości z do­konanego czynu.

Kiedy nasz sternik manewrowy musiał dla załatwienia spraw domowych zostać na lądzie, spotkało mnie wielkie wyróżnienie: zostałem sternikiem manewrowym do czasu jego powrotu.

Jako szósty znalazł się w naszym kubryku człowiek ok­reślony przez bosmana słowem „kunda”. Jak wynikało z jego wynurzeń, miał zamiar na zimę trafić do maszyny, a trafił na pokład. Stałem na sterze, „kunda” objął służbę na oku. Było chłodno, prószył drobny śnieg i wiało. Rap­tem jedno głuche uderzenie dzwonu na baku oznajmiło światło z prawej burty. Oficer wachtowy chwycił za lor­netkę i zaczai uważnie przepatrywać horyzont. W jakiś czas później dwa uderzenia w dzwon zasygnalizowały światło - także i z lewej burty. Śnieg przestał prószyć. Mimo to oficer przez lornetkę nadal nic nie mógł spostrzec. l znów odezwał się dzwon na dziobie. Tym razem trzyk­rotnie: światło na kursie!

Z kabiny wybiegł kapitan. Zapytał oficera wachtowego - dlaczego tak biją w dzwon jak w cerkwi? Ale oficer nic nie mógł wyjaśnić. Kapitan przejrzał widnokrąg swoją lornetką i zagwizdał na szkafutowego, żeby zawołał ma­ rynarza z „oka”. Zjawił się „kunda” i służbiście zameldo­wał się kapitanowi.

- Psiachmać! Gdzieś ty te światła zobaczył? Dlaczego żeś cerkiew urządził?

„Kunda” przyjrzał się ze spokojem kapitanowi, potem rozejrzał się po horyzoncie i spytał uprzejmym tonem:

- Panie kapitanie! A czy nie robiono zwrotu?

- Psiachmać! Won, ty durniu! Ja ci zwrot zrobię dopiekła. Bałwan!

„Kunda” zniknął z mostku.

W kubryku sprawa się wyjaśniła. „Kunda” porozkładał sobie na baku grube maty od strony wiatru i położył się na pokładzie, żeby mu było cieplej. Ale, by statek kogoś nie rozjechał przez jego nieuwagę, zatrudnił oficera wach­towego i zmusił go do czujności, sygnalizując od czasu do czasu światła przez pociąganie długiego sznurka dowiąza­nego do linki przy dzwonie. W ten sposób było mu ciepło bez narażania statku na niebezpieczeństwo.

Podczas postoju w Hull była dobra pogoda. Nas pięciu oraz bosman, cieśla i Tadek malowaliśmy wszyscy w jed­nej grupie nadbudówki na pokładzie, koło salonu. Jedy­nie „kundy” nikt nie mógł od rana znaleźć. Zjawił się do­piero przed obiadem i, widząc bosmana, spytał z dobrze udanym zdziwieniem w głosie:

- Gdzieżeście wszyscy byli? Od rana was szukam i znaleźć nie mogę.

- Diachli! Ty „kundo”! - warknął bosman. - Wszyscy za ciebie pracujemy. Doch, to nie jest do widze­nia!

Od tego czasu „kunda” otrzymał nowe ironiczne imię - „Błędny Rycerz”. Cieśla wystrugał mu olbrzymi miecz rycerski z drewna i znalazł jakiś łańcuch, do którego do­czepił krążek metalowy; miał to być ryngraf. Gdy przy­szedł znajomy fotograf uliczny, natychmiast zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie Błędnego Rycerza. Potem jeden z chłopców złapał ryngraf i nałożył go sobie na szyję. Za tę chęć zostania „kundą” postanowiliśmy - go ściąć. „Eg­zekucji” drewnianym mieczem dokonał Charlie. Fotograf utrwalił i tę, bądź co bądź, rzadką scenę średniowiecznej egzekucji na współczesnym parowcu...

W drodze powrotnej w ciężką śnieżycę wyszliśmy z Holtenau na Bałtyk. Kapitan otrzymał podobno w kana­le nieprzyjemny list i był bardzo zdenerwowany. Staliśmy z Romkiem na pokładzie koło salonu, czekając na rozpo­częcie się naszej wachty o godzinie dwudziestej. Romek po raz setny opowiadał mi historię ciotki, kota i papugi. Umiałem tę historię na pamięć. Wszyscy umieli. Ale Ro­mek uważał ją za coś w rodzaju swego przeboju i trzeba było słuchać cierpliwie, udając zainteresowanie. Inaczej Romek czuł się dotknięty.

Opowiadał więc, jak to ciotkę zaopatrywał w węgiel człowiek, który rozwoził opał po podwórkach głośno wołając: Kohle! Kohle! Kohle! Wystarczyło krzyknąć przez okno: Kohle hier[21] i już do drzwi pukał węglarz z pełnym workiem. Akurat dobrnęliśmy do miejsca, w którym pa­puga słysząc Kohle! Kohle! - krzyknęła z balkonu: Kohle hier! Kohle hier! - kiedy poczuliśmy silny wstrząs całego statku. Potem nastąpił drugi wstrząs i trzeci. Statek nagle stanął. Siedzieliśmy na mieliźnie „jak mur”.

вернуться

20

Szkafut - śródokręcie.

вернуться

21

Kohle hier (niem.) - węgiel tutaj.