Выбрать главу

Oprócz nas, na mostku znajdował się stale jeden z dwóch pilotów norweskich. Od rozpoczęcia wycieczek tu­rystycznych na fiordy tak się dziwnie składało, że zawsze dwóch tych samych - ojciec i syn - trafiało na nasz statek. Znali historię każdego osiedla, każdego domku i każdej rodziny aż do najdrobniejszych szczegółów.

W tym na przykład małym czerwonym domku, stoją­cym tuż nad wodą, mieszkał przyjaciel pilota-ojca. Pew­nego dnia usiadł na brzegu fiordu z wędką. Była pora obiadowa, żona jego szykowała się do smażenia ryb. Na patelni miała rozpuszczony tłuszcz i już zamierzała poło­żyć obtoczoną w sucharku rybę, gdy nagle usłyszała syk i spostrzegła na patelni trzepoczącą się inną, szafirowo-srebrną, znacznie większą od tej., którą trzymała w ręku. To mąż przed chwilą wyciągnął ją z wody. Poderwał wędkę tak silnie, że ryba zerwała się z haczyka i przez otwarte okno wpadła do kuchni wprost na przygotowaną patelnię.

Kiedy indziej, gdy mijaliśmy duże osiedle, pilot opowie­dział, że stało się ono siedzibą milionerów dzięki olbrzy­miej ławicy ryb, która wpłynęła do fiordu. Mieszkańcy osiedla odcięli rybom możność powrotu...

Pewnego pamiętnego dnia osada, położona na małej wysepce okryła się żałobą. Pozostały w niej same kobiety. Ani jeden mężczyzna nie wrócił z połowu. Wszyscy zosta­li na zawsze w morzu...

Hen, za Lofotami, zapadłe wśród niebotycznych brze­gów fiordu osiedle słynie z największego przyrostu lud­ności. Przyczyną są śniegi, które leżą tutaj najdłużej...

Opowiadaniami tymi, zasłyszanymi od naszych pilo­tów, zaćmiewaliśmy sprawę baedekera. Wielu turystów wertowało go bez przerwy, sprawdzało prawdziwość po­danych przez nas szczegółów. Chcieli wiedzieć wszystko, nazwę każdego szczytu, jego wysokość, nazwę każdego osiedla. Wykluczali możliwość naszej niewiedzy. Jeśli któ­ryś z nas, oficerów pokładowych, nie odpowiadał z mie­jsca na zadane pytanie, należało oczekiwać głośnego szep­tu: „nieuprzejmy”.

Pamiętam, że w czasie jednej podróży, gdy staliśmy na kotwicy koło Obanu w Szkocji, zostałem zaskoczony py­taniem o nazwę malutkiego miasteczka leżącego w pobli­żu. Odpowiedziałem szybko, że jest to „pierwsza okolica Obanu”. Na następne pytanie, dotyczące nazwy leżącego trochę dalej osiedla, odpowiedziałem: „to druga okolica Obanu”. Usiłowałem przy tym oddalić się jak najszybciej, ale uczyniłem to nie dość szybko, bo zdążyłem usłyszeć szept: „bardzo mało inteligentny”.

Teraz wśród fiordów dziób statku wrzyna się w zwier­ciadła lustrzanych tafli, niszczy odbite w nich, odwrócone obrazy skał i rozpiętego nad nimi nieba. Statek wydaje się zawieszony w przestrzeni. W takich chwilach można zapomnieć, że jest się oficerem nawigacyjnym na służbie.

- Przepraszam pana, jak się nazywa to miasteczko? To, które minęliśmy z lewej strony od dziobu - usłysza­łem naraz obok siebie głos. Pytał starszy pan z siwą bro­dą. Miał wygląd profesora. Jedną rękę wyciągnął w kie­runku mijanej osady, w drugiej trzymał Baedekera.

Pomimo że starszy pan przekroczył granice sanktua­rium i wszedł na mostek, obowiązywała nas wieczna i nieustająca uprzejmość w każdej sytuacji. Odpowiedź mu­siała być naturalnie natychmiastowa i wyczerpująca.

- QUANTO COSTO - odpowiedziałem bez chwili namysłu.

- Jaka dziwna włoska nazwa - zauważył siwy pan. - W baedekerze jej nie ma.

Wpadłem - przemknęło mi przez myśl. Ale gdybym powiedział na przykład Solheim czy Dunham, to by się jeszcze pytał, czy to się pisze przez „h”, a tak będzie przez pół dnia dociekał, skąd tutaj na północy wzięła się południowa nazwa jakiegoś małego miasteczka.

- W Baedekerze wielu rzeczy nie ma - broniłem swe­go autorytetu. Nie przewidziałem jednak, że usłyszę na­tychmiast:

- Skąd w tym miejscu, na północy, taka czysto wło­ska nazwa? - Postanowiłem utrzymać w mocy nazwę Quanto Costo. Po pierwsze, by nie podważyć autorytetu oficera pokładowego, po drugie, by okazać się nawigato­rem, który też coś w życiu odkrył i nazwał; po trzecie, by sprawić radość bliźniemu. Wszystkie trzy przesłanki uwa­żałem za słuszne, moralne i przyjemne. Najważniejsze by­ ło jednak to, że mimo zaskoczenia nie dałem się wytrącić z postawy „inteligentnego” oficera nawigacyjnego.

- To bardzo dziwna nazwa na północy - monologo­wał starszy pan. - Wątpię, aby Rzymianie zapuszczali się tak daleko. Chociaż...

„No, jeśli wyobrazi sobie, że to Rzymianie nazwali mieścinę Quanto Costo, obedrze mnie z nimbu ojca chrzestnego” - pomyślałem. Quanto Costo stało mi się nagle drogie, postanowiłem walczyć o to ojcostwo do upadłego.

- Panie profesorze! - zacząłem wyjaśniać. - W wie­ku siedemnastym rozbił się w pobliżu włoski statek. Na statku znajdował się młody, bogaty Włoch. Uratowali go mieszkańcy tej osady, jedynego z całej załogi, która zginę­ła roztrzaskana o skaliste brzegi.

Obywatel Reggio di Calabria był tak wdzięczny za ura­towanie, przeżył przecież tyle strasznych chwil, że wszyst­ko, co posiadał, wydawało mu się niczym w porównaniu z ocalonym życiem. A pozostał mu trzos w postaci pasa wypełnionego złotymi monetami. Za ofiarowaną sobie gościnność, za każdy posiłek czuł się ogromnie zobowią­zany i za wszystko chciał płacić złotem. Pytał: „ąuanto costo?”[24], „ile kosztuje?” i dawał złotą monetę. Wszędzie słychać było jego dźwięczny, wesoły głos: „ąuanto costo? cuanto costo?” Przydomek „Quanto Costo” szybko przylgnął do pięknego Włocha.

Wydostanie się z tej północnej krainy nie było w siede­mnastym wieku łatwe. Włoski rozbitek zapadł więc na sen zimowy u najbogatszego obywatela, który posiadał największe domostwo. U młynarza.

O! Jeszcze pan profesor może dojrzeć miejsce, gdzie stał stary dom, bo po dziś dzień ruiny młyna istnieją na skraju osady, przy potoku górskim. Proszę spojrzeć, teraz widać doskonale koniec miasteczka i ciemną smugę poto­ku!

Podczas gdy „profesor” usiłował wypatrzyć ruiny, mó­wiłem .dalej:

- Młynarz, jak w baśni, miał piękną córkę. Włoch zrezygnował więc z powrotu do swego kraju. Ożenił się z młynarzówną. Zmieszanie ras i warunki klimatyczne - śniegi przez całe miesiące w ciągu wielu lat - spowodo­wały, że „Quanto-costowicze” zaludnili nieomal całą osa­dę. Mieli fortunę. Osada rozrosła się w miasteczko.

вернуться

24

Poprawnie po włosku pytanie to powinno brzmieć: ąuanto costa?