Miejscowa rada miejska, składająca się z radnych podobnych do... Kalabryjczyków, postanowiła na cześć swego pradziada nazwać miasteczko Quanto Costo. Po dziś dzień mieszkańcy osady budzą podziw turystów swymi kruczymi włosami i oliwkową cerą. Kobiety słyną z piękności...
- Nadzwyczajne, nadzwyczajne! - przerywał mi od czasu do czasu „profesor”.
Quanto Costo już dawno zniknęło za wysoką ścianą skalną. Zachwycony pan przedstawił mi się uprzejmie, potrząsnął moją ręką i prosił, bym mu koniecznie podał „źródła”.
Powiedziałem, że skarbnicą tych opowiadań był stary pilot, który płynął z nami podczas pierwszej podróży na fiordy.
- Nadzwyczajne, nadzwyczajne! - powtarzał wzruszony „profesor”. - Wie pan, nigdy bym nie przypuszczał, że gdzieś nad dalekim, cichym fiordem usłyszę tak romantyczną historię. Nadzwyczajne! Jestem panu niezmiernie wdzięczny, panie poruczniku.
O godzinie dwunastej skończyłem wachtę. Wypełniłem dziennik okrętowy i zaznaczyłem na mapie pozycję na godzinę dwunastą. Zdałem służbę koledze i zszedłem z mostku. Miałem przed sobą osiem wolnych godzin.
Wieczorem, o dwunastej, znów byłem na mostku. Latem zabawnie brzmi za kręgiem polarnym powiedzenie „wieczorem” i „rano”. Takie pory dnia tu nie istnieją. Najwyżej można powiedzieć, że „w momencie gdy słońce było na wschodzie” lub „na zachodzie”. Najgorzej z północą, godziną duchów; słońce jest wówczas także widoczne... w kierunku północnym.
Gdy słońce było między zachodem a północą, na mostku zjawił się kapitan. W zjawieniu się tym nie było w zasadzie nic nadzwyczajnego. Ale podszedł do mnie i zapytał:
- Znaczy, proszę pana, znaczy, gdzie jest Quanto Costo?
Kapitan miał zwyczaj sprawdzać nasze przygotowanie do wachty, zadając pytania dotyczące nazw i charakterystyki świateł, które mogliśmy widzieć podczas naszej służby. W fiordach nigdy o to nie pytał, gdyż na mostku był zawsze jeden z pilotów. Pytanie to nie mogło zresztą odnosić się do świateł, bo ich nie było. O co kapitanowi chodzi?
W ciągu ośmiu wolnych godzin dużo czasu spędziłem wśród turystów, na podziwianiu widoków. Rozwiałem wiele wątpliwości co do nazw szczytów i osiedli. Toteż w chwili, gdy usłyszałem pytanie kapitana, nie pamiętałem już porannej rozmowy z „profesorem”.
- Nie wiem, panie kapitanie - odpowiedziałem. - Nigdy takiej nazwy nie słyszałem.
Kapitan z zasady niczemu się nie dziwił lub usiłował nie dziwić, ale w tej chwili robił wrażenie wyraźnie zdumionego:
- Znaczy, jak to pan nie wie? - wycedził przez zaciśnięte zęby. Z kolei ja zrobiłem zdumiony wyraz twarzy.
- Znaczy, pan był na wachcie od ósmej do dwunastej?
Niezaprzeczalnie byłem. Obaj o tym doskonale wiedzieliśmy.
- Tak jest - odpowiedziałem.
- Znaczy, z panem rozmawiał taki siwy pan z brodą? Znaczy, taki profesor geografii z uniwersytetu? Znaczy, siedzi koło mnie przy lunchu i, znaczy, dzisiaj cały czas opowiadał mi o Quanto Costo...
W tym momencie przypomniałem sobie.
- Znaczy, profesor prosi, by mu podać szerokość i długość geograficzną Quanto Costo. Znaczy, chce napisać o tym do jakiegoś pisma.
- Niestety, panie kapitanie, ja nie pamiętam.
- Znaczy, jak to „niestety”? - zaniepokoił się kapitan.
- Niestety, nie mogę pokazać, gdzie leży Quanto Costo na mapie - poprawiłem się.
- Znaczy, pan z rana pokazywał profesorowi Quanto Costo?
- Pokazywałem, panie kapitanie, ale...
Nie dokończyłem, gdyż kapitan znów wycedził przez zęby:
- Znaczy, jak to pan teraz mówi, znaczy „niestety”?
Gdy kapitan z takim naciskiem wymawiał słowo NIESTETY, przypomniało mi się opowiadanie mojej matki, która uczyła kiedyś małego chłopczyka, bardzo rozkapryszonego. Gdy matka chłopca, nie mogąc zadośćuczynić jego niezliczonym żądaniom, mówiła „niestety” chłopak wpadał w gniew, tupał nóżkami i wołał: „właśnie że STETY, STETY!!!”
W wyobraźni pojawił mi się ów chłopak, tylko miał na sobie mundur kapitana i nie tupał nóżkami, ale wołał STETY! STETY!
- Pokazywałem, panie kapitanie, ale ta osada wcale nie nazywa się Quanto Costo.
- Znaczy, jak to nie nazywa się Quanto Costo? Znaczy, ja nic nie rozumiem, co pan mówi? Znaczy, jak się nazywa ta osada?
Teraz znalazł się nowy obrońca nazwy Quanto Cysto - myślałem i kląłem siebie w duchu.
- Nie wiem, panie kapitanie, jak się ta osada nazywa i nie wiem, gdzie leży.
- Znaczy, pan przed chwilą oświadczył, że pan rozmawiał z profesorem i że mu pan pokazał i powiedział, że ta osada nazywa się Quanto Costo...
- Powiedziałem, panie kapitanie...
- Znaczy, jeżeli pan powiedział, znaczy, pan wiedział - logicznie rozumował kapitan.
Gdybym był w innych stosunkach z kapitanem, powiedziałbym mu może, że obaj moglibyśmy sprawę oddać do rozstrzygnięcia Wielkiemu Kalifowi z Bagdadu, Harunowi Sprawiedliwemu, który twierdził zawsze, że „Mądry wie, co mówi. Głupi mówi, co wie”. Ale jak by określił Harun al-Raszyd takiego, co „powiedział, ale nie wiedział”?
- Nie wiedziałem, ale powiedziałem - zdobyłem się na szczerość.
- Znaczy, proszę pana, znaczy, ja pierwszy raz w życiu słyszę, że ktoś nie wiedział i powiedział.
Zaczęło mi się robić zimno i gorąco na przemian. Milczałem. Tej rozmowy nie skończymy nigdy - pomyślałem. - Hic haeret agua[25] - przypomniały mi się słowa Cycerona. Sytuacja była bez wyjścia. Szukałem słów wytłumaczenia.
- Znaczy, pan nie chce mi powiedzieć?
- Ależ, panie kapitanie - zaprzeczyłem gorąco. - Jak pan kapitan może mnie o coś podobnego posądzać. Przecież gdybym wiedział, to bym panu kapitanowi powiedział.
Szczęka kapitana była dla nas czymś w rodzaju wskazówki w aneroidzie. Już ustawiona na „sztorm”, przesunęła się teraz na „zmianę”. Wyraz jego twarzy nieco złagodniał. Kapitan szybciej by się nauczył jeszcze jednego obcego języka, niż zrozumiałby nasz system dawania odpowiedzi pasażerom. Każdy z nas znalazłby wyjście, ale nie on. Pojąłem, w jakiej sytuacji znalazł się przeze mnie. Profesor, jeśli siedzi podczas posiłków koło kapitana, jest tak zwaną persona grata, innymi słowy „najdostojniejszą osobą” w tej podróży. I będzie tak siedział przy nim do jej końca. Kapitan zaś będzie się starał zadośćuczynić jego prośbie. A przecież nie pokaże mu osady na mapie ani nie powie, że oficer nawigacyjny opowiedział zmyśloną historię. Taka możliwość nawet by mu przez myśl nie przeszła.