Выбрать главу

Zrobiłem bardzo głęboki wdech i zacząłem:

- Czy pamięta pan kapitan, jak podczas podróży do Casablanki polecił mi pan oprowadzić po statku ministra skarbu?

- Znaczy, pamiętam! - kapitan zamilkł nie okazując najmniejszego zainteresowania ministrem skarbu. Wi­docznie myślał o czymś innym. Ale postanowiłem już brnąć dalej.

- Gdy skończyłem oprowadzać, minister zaprosił mnie do baru na coctail i opowiedział zabawne zdarzenie ze swego życia.

Kapitan milczał, ale szczęka stała cały czas na fair” - „pogodnie”.

- Właściwie to zabawne wydarzenie miało miejsce z ciotką ministra - usiłowałem zainteresować kapitana.

Kapitan zrobił ruch głową, jak gdyby chciał o tym słu­chać.

- Otóż minister opowiadał, że gdy uczył się jeszcze w gimnazjum w Wilnie, dopomagała mu ciotka przywożąc wiktuały ze swego folwarczku pod Wilnem. Musiała do­jeżdżać kilka stacji. Wsiadała na malutkiej stacyjce, na której ruch był znikomy. Pewnego razu przyjechała na godzinę przed przyjściem pociągu i w trakcie oczekiwania zechciała skorzystać z ubikacji. Ubikacja znajdowała się dosyć daleko od stacyjnego budynku w gęstych zaroślach.

Popatrzyłem na kapitana zaniepokojony, jakie wrażenie wywarta na nim ta „ubikacja”. Ale kapitan wydawał się słuchać z zainteresowaniem, a nawet lekko się uśmiechał. Dodało mi to otuchy i mówiłem dalej.

- Wszystko szło dobrze do momentu, w którym ciot­ka chciała opuścić ten przybytek. Drzwi zatrzasnęły się i za nic nie chciały się otworzyć. Ciotka stukała pięściami, wołała. Usłyszała nadchodzący pociąg. Wołała jeszcze głośniej. Pociąg odszedł. Stał tylko minutę. Ciotka była jeszcze stosunkowo młoda i energiczna. Nie przestawała wołać i stukać.

Popatrzyłem na kapitana. Wydawał się nawet zacieka­wiony.

- W godzinę po odejściu pociągu przyszedł dozorca stacyjny i uwolnił ciotkę. Ciotka, w gorącej wodzie kąpa­na, zaczęła mu wymyślać. „To jest niedopuszczalne, by w stacyjnej ubikacji były takie drzwi, które się w ten spo­sób zatrzaskują, że jak z więzienia nie można się z niej wydostać!” Staruszek wysłuchał tego wszystkiego, ale ciotka była bardzo rozżalona i chciała, by natychmiast zreperował zamek. Zaczęła mu pokazywać, w jaki sposób to się stało i w tym momencie znów drzwi się zatrzasnęły za ciotką i dozorcą zamkniętymi razem w ubikacji.

Widziałem, że kapitan wydaje się coraz bardziej zacie­kawiony przygodą ciotki ministra skarbu.

- Zaczęli teraz stukać oboje. Staruszek był zbyt słaby, słabszy od ciotki, tak że o wyłamaniu drzwi nie mogło być mowy. Nie pozostawało nic innego jak stukać na przemian i czekać na szczęśliwy traf; może ktoś przecho­dząc w pobliżu usłyszy ich stukanie. Minęło parę godzin, nikt się nie zjawiał. Ciotka wpadła w furię. Następny po­ciąg do Wilna odchodził dopiero w nocy. Czy do tego czasu ktoś ich uwolni? Słońce już zachodziło, gdy usłysze­li głosy dziewcząt wracających z roboty. Ciotka zaczęła wołać. Głosy się przybliżyły. Nareszcie drzwi się otwierają! Ale dziewczęta widząc dosyć przystojną ciotkę i prze­zornie za nią ukrytego dozorcę stacyjnego dały wyraz swemu oburzeniu mówiąc: „Tfu! Ty z takim starym?!”

Pociąg nasz stanął właśnie na stacji, na której mieliśmy wysiąść. Spojrzałem na kapitana i zobaczyłem w jego oczach prawdziwe iskry humoru. Poczułem się dumny, że potrafiłem go tak dobrze zabawić i rozerwać.

W tej chwili usłyszałem głos kapitana:

- Znaczy, proszę pana! Znaczy, to nie była jego ciot­ka, tylko moja. Znaczy, ja mu to opowiedziałem.

JAKUB PAGANEL

W dokumentach okrętowych podróż ta miała znak „11 E” (jedenasta podróż na wschód). Wyszliśmy z Nowe­go Jorku w bezwietrzną noc. Po minięciu statku latarnio­wego „Ambrowe”, weszliśmy w „watę”, gęstą masę mgły. Widzialność - zero. Z mostku nie widać nawet dziobu. Co dwie minuty rozdziera ciszę tubalny ryk syreny okrę­towej, głos naszego statku.

Każdy statek ma swój głos. Ma też dwoje oczu, a w każdym nadzieję w postaci kotwicy. Statek żywy, pulsują­cy życiem twór, przedziera się teraz po omacku przez ob­szary, przez które podobnie jak on idą w tej gęstej mgle setki innych jednostek. Mimo wołi nasuwa się pytanie: „Dokąd nas zaprowadzisz? Niewidomy, wypełniony prze­szło tysiącem istnień ludzkich...?”

Posuwamy się powoli naprzód, wołając wielkim głosem - „Idę!”. „Idę!” - wołają wokół inne statki. Gdy zbliża się zanadto ktoś inny, wszyscy na mostku zamieniają się w słuch. Co odpowiedzieć na wołanie tamtego? Zatrzy­mać się czy iść dalej? I decyzja: trzeba „przeczekać”. Z kolei szybki obrachunek: „Ile czasu mamy na przeczeka­nie?” Następuje teraz szarpiący nerwy okres „świadome­go przeczekania”. W ciągu tego okresu musi przyjść wyjaśnienie sytuacji... Można iść dalej. Napięcie ustępuje miejsca już tylko uwadze. Znów idziemy na ślepo. Ofice­rów nawigacyjnych bolą dłonie od naciskania dźwigni sy­reny.

Noc i dzień, noc i dzień trzyma ciężka mgła. Potrójne „oka” zamienione w „uszy”. Rączki telegrafów maszynowych spoczywają na oświetlonych sektorach tarcz, na których czernieje napis - STAND BY![26] Na posuwają­cym się po omacku statku, na mostku i w maszynie wszystko i wszyscy są na stand by! Nawigator stojący na wachcie i ten, który odpoczywa po służbie w koi, mają cały system nerwowy nastawiony na stand by!

Ale największy ciężar odpowiedzialności dźwiga kapi­tan. Mgła automatycznie przekazuje jego wzmożonej opiece setki istnień ludzkich znajdujących się na statku. Schodzący z wachty oficer nawigacyjny przytępia tłumi­kiem zdanej służby napięcie

słuchu i odpowiedzialność za usłyszenie lub zobaczenie niebezpieczeństwa. Kapitan przez cały czas mieszka na mostku i śpiąc w kabinie na­wigacyjny jest stale pod napięciem. Nikt prócz samej mgły nie może mu przestawić rączek telegrafu nerwowego ze STAND BY! na FULL AHEAD![27]

вернуться

26

Stand by! (ang.) - uwaga!

вернуться

27

 Fuli ahead! (ang.) - cała naprzód!