I znów po piętnastu minutach słychać nad całym Pireusem:
- Andronikoooos!!!
Cisza. Telefon z dziobu melduje, że na wybieranej kotwicy leżą łańcuchy kilku innych statków, które weszły do portu później od nas, cumując w identyczny sposób, ale porozchodziły się rufami w innych kierunkach. Łańcuchy tych statków, szarpane przez naszą kotwicę powodują ruch na dziobach „alarmowanych” jednostek. Błyskają światła latarek elektrycznych, zgrzytają windy kotwiczne.
- Andronikoooos!!! - znów nad całym Pireusem przelatuje tajemnicze imię, na które nie ma odpowiedzi.
Dobrze jeśli nie pada ulewny deszcz. Załoga, pomimo dużej wprawy w tej akcji, boryka się z łańcuchem kotwicznym zwykle do godziny drugiej lub trzeciej.
Nasze pytanie na temat, kim jest ów tajemniczy człowiek noszący imię bizantyjskich cesarzy, pilot zbywa milczeniem, udając że nie rozumie, o co go pytamy.
- Andronikoooos!!!
Przez lornetki staramy się przy nikłym świetle portowych latarni dostrzec postać noszącą to imię. Ale nigdy nikogo nie widzieliśmy w pobliżu.
Około godziny trzeciej wstępuje w nas nadzieja, że uwolnimy się od łańcuchów. - Andronikoooos!!! - woła pilot, wychylony przez okno bocznej nadbudówki na mostku. Cisza. Imię Andronikos musiało już dotrzeć do ateńskiego Akropolu.
Kogo wzywał pilot imieniem Andronikosa, pozostało dla nas na zawsze tajemnicą. Utkwiło ono w naszej pamięci jako określenie spraw strasznych, niezbadanych i niezrozumiałych.
Mówiono, że pilot informuje w ten sposób kapitanat portu o tym, by nie wprowadzać innych statków do portu, oraz zawiadamia ludzi, mających go zabrać na Przylądek Temistoklesa po wyprowadzeniu „Polonii” z portu, że mogą jeszcze spać spokojnie. Ale nam wydawało się to nieprawdopodobne. Niektórzy jednak słysząc ten okrzyk lecący nad okrytą nocą Grecją mówili: „Pilot telefonuje do Temistoklesa”.
Maszyny starały się po wyjściu z Pireusu nadrobić czas stracony na Andronikosa. Po przejściu przez cieśninę Doro, pomiędzy wyspami Eubeją i Andros, kładliśmy się na kurs ku Troi. Na szerokości wyspy Skiros spotykaliśmy zazwyczaj samotną mewę. Była ona zjawiskiem tak samo osobliwym jak i Andronikos. Zawsze w tym samym miejscu i zawsze sama jedna. Niektórzy chcieli w niej widzieć duszę Andronikosa, na podobieństwo Pallas Ateny wcielonej w smukłą jaskółkę i przyglądającej się walce Ody-seusza z zalotnikami po powrocie do rodzimej Itaki.
Ukazanie się brzegów, na których lądowali rycerze oblegający Troję, zamykało pętlę naszej wędrówki po Morzu Śródziemnym. Potem już szybko następowały po sobie: Dardanele, morze Marmara, Złoty Róg, postój w Stambule, Bosfor i Morze Czarne.
W jednym z rejsów, gdy zbliżaliśmy się już do Konstancy, powietrze było przesycone wodą i zimnem jesieni. Zaczynało świtać. Na mostek opadło stado jaskółek. Na tym odcinku wiosną i jesienią często spotykaliśmy olbrzymie stada ptaków ciągnących na północ lub południe. Jaskółki zmęczone długim przelotem opadły na pokład, gdy tylko dostrzegły statek. Bojąc się, by nie podeptać bezwładnie leżących na pokładzie ptaszków, pozbierałem je i ułożyłem ostrożnie w dużych skrzyniach na staroświeckie lunety, przymocowanych do przedniej osłony mostku. Ptaszki były tak zmęczone, że leżały na dłoni jak martwe.
W szarzyźnie poranku zobaczyłem po chwili tuż nad wodą-krążące żurawie. Było ich pięć. Dwa nie miały już sił, by się wzbić wyżej i dolecieć do statku. Trzy uniosły się jeszcze i opadły na mostek. Leżały sztywne i mokre. Zaniosłem je do prawego nockhausu, okręciłem linką od koła ratunkowego i ułożyłem pod stołem, by ich nie podeptać.
Podchodziliśmy do Konstancy. Wzięliśmy pilota. Krępy, nalany krwią Rumun, zmęczony całonocną slwżbą, wszedł na mostek. Przywitał się, ale nic nie mówił. Do maszyn daliśmy „całą naprzód!”. Kapitan wrócił jeszcze do swej kabiny.
Pilot zamyślony i w złym humorze podszedł do miejsca, w którym znajdowały się rączki od dźwigni gwizdka i syreny. Były to „przedpotopowe” urządzenia działające za pomocą drewnianej dźwigni, do której dołączono kilkunastometrowe druty zamocowane końcami do gwizdka i syreny,- zainstalowanych na przedniej części pierwszego komina. Zazwyczaj używano gwizdka.
Zmęczony pilot szarpnął nagle dźwignią syreny. Zawyła przeraźliwie. Szarpnięty zbyt mocno, a może dawniej już nadłamany drut od syreny - pękł, Pilot niezadowolony z siebie poszedł do prawego nockhausu i oparł się o stół. Sternika mostkowego posłałem natychmiast, by naprawił drut od syreny. Czarne chmury wlokły się nisko nad morzem. Zrobiło się ciemno, w nadbudówce panował mrok.
Nagle usłyszałem straszny krzyk pilota. Wyskoczył z nadbudówki i biegł szybko, jakby go gonił wściekły pies. Domyśliłem się natychmiast, że siedzące w kącie pod stołem żurawie musiały odzyskać siły i dziobnęły pilota. Efekt był piorunujący. Rumun nie mógł ochłonąć z przerażenia. Ocierał pot z czoła i swe rude włosy. Usiłowałem z poważnym wyrazem twarzy i posiadanym zasobem słów rumuńskich wyjaśnić, co się stało.
Pilot był wściekły i wyglądał na pasjonata. Nałożył czapkę i zanim zdołałem zorientować się, co zamierza zrobić, otworzył dużą skrzynię na lunety. Ze skrzyni prosto w twarz pilotowi frunęły jaskółki. Tego już było za wiele. Pilot dostał ataku furii. Zerwał sobie z głowy nową angielską czapkę, cisnął o pokład i zaczął po niej skakać obiema nogami, rycząc co sił:
- DRACULUI YAPORUL! DRACULUI VAPORUL![30]
Krzyczał i skakał. Na ten straszny ryk wyszedł z kabiny kapitan. Podskakującego na własnej czapce i ryczącego bez przerwy Dracului vaporul! pilota nie sposób było o coś pytać. Nic nie widział, zajęty niszczeniem swojej czapki. Kapitan zwrócił się do mnie:
- Znaczy, proszę pana, znaczy, co się stało pilotowi?
Starałem się nie wybuchnąć śmiechem i przez to nie mogłem zdobyć się na szybką i rzeczową odpowiedź. Zacinając się i łapiąc z trudem powietrze tłumaczyłem kapitanowi bez sensu:
- Żuraw go dziobnął i...
Nie potrafiłem więcej wykrztusić ani słowa, nawet sakramentalnego zakończenia „panie kapitanie”.