W środku takiej gęstej pajęczyny, rozpostartej nad stropami trapu zawisła raz staruszka. Wisiała tak nad schodami nie mogąc już dosięgnąć ani nogami trapu, ani rękami poręczy. Gdy ją zobaczyłem w tej pajęczynie, brzęczała w niej cichutko jak dogorywająca muszka. Patrzyła na mnie błagalnie, prosząc wzrokiem, bym ją oswobodził. Musiała już chyba być dobrze po osiemdziesiątce. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zapytać:
- Proszę pani! Jak pani myśli, po co to wszystko jest zawiązane?
- Jak to po co? - zdziwiła się staruszka. - Żeby trudno było przejść!
Po skończonym ładowaniu w Stambule zszedłem do baru napić się wody sodowej. Przy barze stał stary Żyd w czarnym chałacie, z ogromną siwą brodą.
- Proszę pana! - mówi do barmana - pan da mnie troszeczkę „goroncej” wody!
- Panie - odpowiada barman - przecież widzi pan, że tutaj jest bar.
- Uj, szkoda panu dać dla starego Żyda troszkę „goroncej” wody? Pan chce, żeby stary Żyd umarł bez wody?
Barman nalewa szklankę gorącej wody i podaje staremu.
- Proszę pana, pan chce, żeby stary Żyd pił czystą wodę? Niech pan naleje troszeczkę esencji - i oddaje barmanowi szklankę.
- No, niech pan ma herbatę - barman nalewa do szklanki esencji. - Tylko niech pan da już spokój. Widzi pan, ilu ludzi czeka?
- Proszę pana! Pan chce, żeby stary Żyd pił gorzką herbatę? Włóż pan troszkę cukru! - i stary wyciąga do barmana szklankę z herbatą.
- Dobrze, masz pan cukier, tylko niech pan da mi już spokój. Przecież pan nikomu nie pozwala dojść do baru.
- Proszę pana! Wiesz pan co? Ja zawsze piję herbatę z cytryną. Wrzuć pan jeszcze kawałek cytryny, to stary, biedny Żyd będzie miał jak zawsze swoją herbatę z cytryną.
- Barman, duchowo pokonany, dołożył jeszcze plasterek cytryny. Ale mówić już nie mógł...
Silny wiatr przyszedł niespodziewanie na morzu Marmara. Zaczęło trochę kołysać. Na pokładzie złapał mnie lekarz okrętowy.
Lekarze okrętowi znaleźli się na żaglowcach na wiele lat przed zjawieniem się na nich maszyn i dlatego zaliczają się do nawigatorów. Z naszym doktorem pływaliśmy już kilka lat. Z powodu swego wieku i serca był dla nas i ojcem, i matką. Jedyna wada doktora przejawiała się w tym, że gdy wspólnie wybieraliśmy się na ląd, doktor zaczynał nieodmiennie szukać monokla. Siedząc przez czterdzieści lat nad mikroskopem zaczął słabiej widzieć na jedno oko, wiec nosił monokl. Na statku zgadzał się patrzeć na wszystko jednym okiem, na lądzie - za nic. Każdy wspólny wypad zdoktorem rozpoczynał się więc od szukania monokla. Monokle, kupowane mu przez nas na imieniny, podobnie jak i te, które sam sobie kupował - gubił wytrwale. Gdy wybieraliśmy się kiedyś wspólnie do sławnego starożytnego miasta Heliopolis[31] w Syrii, doktor oczywiście rozpoczął przygotowania od szukania monokla. Asystując przy tej beznadziejnej czynności, jeden z kolegów doszedł do wniosku, że ponieważ Niemcy — według opowiadań doktora — wymyślili nawet małpę, trzeba, by doktor napisał do nich z prośbą o wymyślenie „salcesonu monoklowego". Inne wówczas nadejdą dla nas czasy: gdy tylko będziemy musieli razem wyjść, urżnie doktor sobie plasterek monoklowy i wszyscy będziemy zadowoleni.
Doktor niekiedy „rozrywał się" również sam, tylko zupełnie inaczej niż z nami. W każdym niemal porcie był zapraszany przez najsłynniejsze szpitale do zrobienia komuś trepanacji czaszki. Musiał czasami odpocząć od naszego towarzystwa.
Kłopoty z pasażerami, pomimo najlepszych stosunków z całą załogą hotelową statku, doktor załatwiał przez nawigatorów, czując się widocznie jednym z nich.
W tej chwili na morzu Marmara doktor miał kłopot z odszukaniem męża pacjentki, która leżała u doktora w szpitalu i z powodu „kiwania" potrzebowała rodzić.
Z megafonem w ręku, krzycząc nazwisko męża, udało mi się go wreszcie odszukać. Zaprowadziłem go do szpitala i oddałem doktorowi.
Doktor wprowadził męża do szpitala okrętowego, w którym było pięć kobiet. Wszystkie umierające z powodu „kiwanja", a jedna w dodatku rodząca.
- Niech pan pocieszy żonę - mówi doktor. Mąż rozgląda się niezdecydowanie. Przygląda się kobietom, ale w żadnej nie może rozpoznać własnej żony. Doktor sprawdza imię i nazwisko. Zgadza się. Podchodzi do żony i pyta:
- Czy to pani mąż?
- Ja nie wiem. A jak się nazywa?
Doktor mówi nazwisko. - Tak jak pani podała - dodaje zdumiony.
- To chyba mój mąż - odpowiada niepewnie rodząca.
Doktor jakoś nie potrafi zrozumieć, że rodząca kobieta nie może poznać swego męża. Mąż tłumaczy:
- Proszę pana doktora. To takie proste. Ja jadę z Polski, a ona, moja żona, jedzie z Niemiec. Z czworga naszych dzieci dwoje jedzie z Węgier, a dwoje z Austrii. Ja jestem wdowiec. Ona jest wdowa. Wszystkie dzieci są sieroty. Na wizę do Palestyny może wjechać cała rodzina. To skąd ja mogę wiedzieć, jak wygląda moja żona i jak wyglądają nasze dzieci? Jak wysiądziemy w Hajfie, to my się może nigdy w życiu więcej nie zobaczymy. Kto będzie marnował wizę dla całej rodziny na jedną osobę, jak więcej rodzin nie może do Palestyny przyjechać niż pozwolono?... To jest moja żona. Ja panu doktorowi bardzo za fatygę dziękuję!
Kiedyś w Hajfie ładowaliśmy pomarańcze. Liczymy hiw za hiwem drugą dobę, aż do obłędu. Takie rzeczy też niekiedy ludzi łączą. W tym wypadku oficera pokładowego ze strony statku i tallymana (człowieka do liczenia) od strony załadowcy.
Chwila przerwy, czekamy na dalszą porcję pomarańczy ze słynnych pardessów Rothschilda. Współtowarzysz niedoli liczenia, młody dwudziestokilkuletni chłopak, mówi najczystszą, literacką polszczyzną. Z entuzjazmem opowiada o Rothschildzie zawdzięczającym swe nazwisko czerwonej tarczy wywieszonej przy frankfurckiej Judengasse przez jednego z przodków, którego syn dołączył z kolei do nazwiska jeszcze tytuł barona Anglii. Założyciel obecnych pardessów, chcąc przyjść z pomocą najbiedniejszym rodakom, zakupił im najpierw w Ameryce Południowej tak zwaną Mezopotamię (Międzyrzecze) Południowoamerykańską i osiedlał tam na roli biedaków, dając im sprzęt rolniczy i domostwa. Wszystko to, stworzone bez podłoża biblijno-sentymentalnego, prowadziło jedynie do sprzedaży narzędzi i ucieczki za rzekę, do miasta i handlu.