Выбрать главу

W środku takiej gęstej pajęczyny, rozpostartej nad stropami trapu zawisła raz staruszka. Wisiała tak nad schodami nie mogąc już dosięgnąć ani nogami trapu, ani rękami poręczy. Gdy ją zobaczyłem w tej pajęczynie, brzęczała w niej cichutko jak dogorywająca muszka. Pa­trzyła na mnie błagalnie, prosząc wzrokiem, bym ją oswobodził. Musiała już chyba być dobrze po osiemdzie­siątce. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zapytać:

- Proszę pani! Jak pani myśli, po co to wszystko jest zawiązane?

- Jak to po co? - zdziwiła się staruszka. - Żeby trudno było przejść!

* * *

Po skończonym ładowaniu w Stambule zszedłem do baru napić się wody sodowej. Przy barze stał stary Żyd w czarnym chałacie, z ogromną siwą brodą.

- Proszę pana! - mówi do barmana - pan da mnie troszeczkę „goroncej” wody!

- Panie - odpowiada barman - przecież widzi pan, że tutaj jest bar.

- Uj, szkoda panu dać dla starego Żyda troszkę „goroncej” wody? Pan chce, żeby stary Żyd umarł bez wody?

Barman nalewa szklankę gorącej wody i podaje stare­mu.

- Proszę pana, pan chce, żeby stary Żyd pił czystą wodę? Niech pan naleje troszeczkę esencji - i oddaje barmanowi szklankę.

- No, niech pan ma herbatę - barman nalewa do szklanki esencji. - Tylko niech pan da już spokój. Widzi pan, ilu ludzi czeka?

- Proszę pana! Pan chce, żeby stary Żyd pił gorzką herbatę? Włóż pan troszkę cukru! - i stary wyciąga do barmana szklankę z herbatą.

- Dobrze, masz pan cukier, tylko niech pan da mi już spokój. Przecież pan nikomu nie pozwala dojść do baru.

- Proszę pana! Wiesz pan co? Ja zawsze piję herbatę z cytryną. Wrzuć pan jeszcze kawałek cytryny, to stary, biedny Żyd będzie miał jak zawsze swoją herbatę z cytry­ną.

- Barman, duchowo pokonany, dołożył jeszcze plasterek cytryny. Ale mówić już nie mógł...

* * *

Silny wiatr przyszedł niespodziewanie na morzu Marmara. Zaczęło trochę kołysać. Na pokładzie złapał mnie le­karz okrętowy.

Lekarze okrętowi znaleźli się na żaglowcach na wiele lat przed zjawieniem się na nich maszyn i dlatego zalicza­ją się do nawigatorów. Z naszym doktorem pływaliśmy już kilka lat. Z powodu swego wieku i serca był dla nas i ojcem, i matką. Jedyna wada doktora przejawiała się w tym, że gdy wspólnie wybieraliśmy się na ląd, doktor za­czynał nieodmiennie szukać monokla. Siedząc przez czter­dzieści lat nad mikroskopem zaczął słabiej widzieć na jed­no oko, wiec nosił monokl. Na statku zgadzał się patrzeć na wszystko jednym okiem, na lądzie - za nic. Każdy wspólny wypad zdoktorem rozpoczynał się więc od szu­kania monokla. Monokle, kupowane mu przez nas na imieniny, podobnie jak i te, które sam sobie kupował - gubił wytrwale. Gdy wybieraliśmy się kiedyś wspólnie do sławnego starożytnego miasta Heliopolis[31] w Syrii, doktor oczywiście rozpoczął przygotowania od szukania mono­kla. Asystując przy tej beznadziejnej czynności, jeden z kolegów doszedł do wniosku, że ponieważ Niemcy — według opowiadań doktora — wymyślili nawet małpę, trzeba, by doktor napisał do nich z prośbą o wymyślenie „salcesonu monoklowego". Inne wówczas nadejdą dla nas czasy: gdy tylko będziemy musieli razem wyjść, urż­nie doktor sobie plasterek monoklowy i wszyscy będzie­my zadowoleni.

Doktor niekiedy „rozrywał się" również sam, tylko zu­pełnie inaczej niż z nami. W każdym niemal porcie był zapraszany przez najsłynniejsze szpitale do zrobienia ko­muś trepanacji czaszki. Musiał czasami odpocząć od na­szego towarzystwa.

Kłopoty z pasażerami, pomimo najlepszych stosunków z całą załogą hotelową statku, doktor załatwiał przez na­wigatorów, czując się widocznie jednym z nich.

W tej chwili na morzu Marmara doktor miał kłopot z odszukaniem męża pacjentki, która leżała u doktora w szpitalu i z powodu „kiwania" potrzebowała rodzić.

Z megafonem w ręku, krzycząc nazwisko męża, udało mi się go wreszcie odszukać. Zaprowadziłem go do szpi­tala i oddałem doktorowi.

Doktor wprowadził męża do szpitala okrętowego, w którym było pięć kobiet. Wszystkie umierające z powodu „kiwanja", a jedna w dodatku rodząca.

-  Niech pan pocieszy żonę - mówi doktor. Mąż rozgląda się niezdecydowanie. Przygląda się ko­bietom, ale w żadnej nie może rozpoznać własnej żony. Doktor sprawdza imię i nazwisko. Zgadza się. Podchodzi do żony i pyta:

- Czy to pani mąż?

- Ja nie wiem. A jak się nazywa?

Doktor mówi nazwisko. - Tak jak pani podała - dodaje zdumiony.

- To chyba mój mąż - odpowiada niepewnie rodząca.

Doktor jakoś nie potrafi zrozumieć, że rodząca kobieta nie może poznać swego męża. Mąż tłumaczy:

- Proszę pana doktora. To takie proste. Ja jadę z Polski, a ona, moja żona, jedzie z Niemiec. Z czworga naszych dzieci dwoje jedzie z Węgier, a dwoje z Austrii. Ja jestem wdowiec. Ona jest wdowa. Wszystkie dzieci są sieroty. Na wizę do Palestyny może wjechać cała rodzina. To skąd ja mogę wiedzieć, jak wygląda moja żona i jak wyglądają nasze dzieci? Jak wysiądziemy w Hajfie, to my się może nigdy w życiu więcej nie zobaczymy. Kto będzie marnował wizę dla całej rodziny na jedną osobę, jak wię­cej rodzin nie może do Palestyny przyjechać niż pozwolo­no?... To jest moja żona. Ja panu doktorowi bardzo za fatygę dziękuję!

* * *

Kiedyś w Hajfie ładowaliśmy pomarańcze. Liczymy hiw za hiwem drugą dobę, aż do obłędu. Takie rzeczy też nie­kiedy ludzi łączą. W tym wypadku oficera pokładowego ze strony statku i tallymana (człowieka do liczenia) od strony załadowcy.

Chwila przerwy, czekamy na dalszą porcję pomarańczy ze słynnych pardessów Rothschilda. Współtowarzysz nie­doli liczenia, młody dwudziestokilkuletni chłopak, mówi najczystszą, literacką polszczyzną. Z entuzjazmem opo­wiada o Rothschildzie zawdzięczającym swe nazwisko czerwonej tarczy wywieszonej przy frankfurckiej Judengasse przez jednego z przodków, którego syn dołączył z kolei do nazwiska jeszcze tytuł barona Anglii. Założyciel obecnych pardessów, chcąc przyjść z pomocą najbiedniejszym rodakom, zakupił im najpierw w Ameryce Połud­niowej tak zwaną Mezopotamię (Międzyrzecze) Południo­woamerykańską i osiedlał tam na roli biedaków, dając im sprzęt rolniczy i domostwa. Wszystko to, stworzone bez podłoża biblijno-sentymentalnego, prowadziło jedynie do sprzedaży narzędzi i ucieczki za rzekę, do miasta i hand­lu.

вернуться

31

Dziś Baalbek.