Na tę masę pytań prawdopodobnie intendent coś odpowiedział, ale mówił tak cicho, że na mostku słychać tego nie było.
- Znaczy, jeśli elektryk robi coś takiego, znaczy, musi pana uprzedzić! Znaczy, elektryk pana nie uprzedził?
Długa cisza, która prawdopodobnie była cichą odpowiedzią.
- Znaczy, jeśli meldował, znaczy, dlaczego nikt nie sprawdził, czy kto nie siedzi na rurze? Znaczy, wszystkie go nie mogą pilnować oficerowie nawigacyjni. Znaczy, pan nie jest w porządku!
Chwila ciszy, po której znów było słychać głos kapitana.
- Znaczy, co u pana robią ochmistrze? Znaczy, co robi asystent ochmistrza, który specjalnie ma pilnować „tylko sali jadalnej? Znaczy, jeśli tak nieodpowiednio ubrana pani przychodzi do stołu na obiad, znaczy, do jego obowiązku należy ją przeprosić i zwrócić uwagę na niewłaściwość takiego stroju. Znaczy, mam nadzieję, że pan wie, co się stało? Znaczy, pan zainteresował się garniturami tych panów? Znaczy, ja żądam, żeby ochmistrze lepiej niż dotychczas pilnowali porządku. Znaczy, dziękuję panu!
BIRBANTE-ROCCA
Kilka już lat pełnił na naszych transatlantykach funkcję asystenta pokładowego o szumnej nazwie SZÓSTEGO OFICERA. Na mahoniowej desce górnej szuflady swej koi miał zamiar jak na sarkofagu wyryć zdanie:
TU SPOCZYWA ZAPOMNIANY PRZEZ DYREKCJĘ ASYSTENT POKŁADOWY.
Asystent pokładowy, jeżeli spojrzeć na niego z punktu uprawnień i obowiązków oficera pokładowego w marynarce handlowej, był hermafrodytą. Był oficerem, ale nie przysługiwało mu prawo myślenia o umundurowaniu, był „załogą”, ale bez prawa myślenia o płatnych nadgodzinach.
Nasz asystent pokładowy w mesie oficerskiej stanowił postrach oficerów-mechaników. Zadawał im skomplikowane pytania z matematyki, fizyki, mechaniki, nawet z maszynoznawstwa, na które wielu z nich nie umiało odpowiedzieć. Toteż bano się go i unikano z nim spotkań na terenie mesy. Była to z jego strony zemsta za nieustający strach, jakiego doznawał przed kapitanem.
Poza tym cytował z przyjemnością przysłowia łacińskie i nieszkodliwie, na przyzwoitą odległość, czarował pasażerki, które w nieznany nam sposób przekazywały sobie z rejsu na rejs nadany mu przez kobiety przydomek PAŹ. Lubił również popisywać się deklamowaniem na pamięć długich urywków z „Pana Tadeusza”. Szczególnie wypowiedź hrabiego o wyczynach pod Birbante-rocca była jego umiłowanym fragmentem. To Birbante-rocca przylgnęło do niego na statku razem z nazwą HRABIA, z której był bardzo dumny.
Niepowodzenia Hrabiego w pełnieniu służby nazywaliśmy Birbante-rocca. Hrabia, wszystko to, co go w służbie nie interesowało, określał zdaniem: „To przesądy, światło ćmiące!”.
Najbardziej sławne Birbante-rocca Hrabiego były związane z załadunkiem.
Przyjmowanie ładunku na statek, a szczególnie jego liczenie stanowiło od wieków pewnego rodzajti sztukę. Kto nie zapisał kilkudziesięciu tallybuków[33], kto nie liczył dniami i nocami w ciągu tygodni, miesięcy i lat worków, skrzyń, beczek, oraz kto nie posiadał umiejętności wykrywania - specjalnie w tym celu wyrobionym zmysłem - możliwych i domniemanych uszkodzeń ładunku, ten długo jeszcze należał do tych oficerów ładunkowych, „którzy nie wiedzą, czego nie wiedzą”. Obowiązkowo należało też posiąść gruntowną wiedzę o prawidłowym załadowaniu, zabezpieczeniu i zamocowaniu ładunku.
Gdy przychodziło do porównania wyników liczenia oficera ze stanem podanym przez tallymana, wówczas często rozpoczynał się dramat. W wypadku, jeśli oficer naliczył mniej ładunku, niż to podawał załadowca, statek żądał listu gwarancyjnego, w którym załadowca zobowiązywał się ewentualnie dosłać brakującą część ładunku.
Przy liczeniu trzeba było trzymać siebie w żelaznych ryzach napiętej uwagi. W ściśle .określonym momencie zbadać stan ładunku i w ściśle określonym momencie zapisać ładowaną na statek partię. Za moment taki zazwyczaj przyjmowało się chwilę przejścia ładunku nad burtą statku. Jeśli tallyman był specjalnie nastawiony na „niedodanie” jakiejś ilości ładunku, wówczas usiłował przerwać ciągłość uwagi liczącego oficera natychmiast po zapisaniu wchodzącej na statek partii i zasugerować powtórne zapisanie tej samej partii, widocznej jeszcze nad pokładem. W wypadku, gdy oficer dał się podejść, sam potem zaświadczał na korzyść załadowcy i nie miał pojęcia, w jaki sposób wynikł „brak” w ilości przyjętego ładunku.
Strach przed „brakiem” stawał się u niektórych oficerów chorobą. Po odkryciu tej tajemnicy łatwo już było tallymanom przerywać ciągłość uwagi przerażonego oficera.
Wszystkie nasze wywody na temat nieuczciwości tallymanów Hrabia zbywał swym ulubionym zdaniem: „To przesądy, światło ćmiące!” Toteż jeśli na przykład liczył pomarańcze w Hajfie, trzeba było ustawiać go pieczołowicie z takim tallymanem, którego już znaliśmy, i wiedzieliśmy, że Hrabiego „nje nabije”.
Pewnego jednak razu dwunastu skrzynek pomarańcz zabrakło Hrabiemu.przy wyładunku. Musieliśmy dla wyrównania tego braku pożyczyć z prowiantury, następnie zaś „nabić” tego samego tallymana na podobną ilość skrzyń przy kolejnym załadunku.
Hrabia doprowadzony do szału tą Birbante-rocca postanowił sam się zemścić na załadowcy, któremu z Konstancy do firmy „Abulgiben” przywoziliśmy deseczki na skrzynie do pomarańcz. Deseczki te po wyładowaniu z wagonów układano na nabrzeżu w olbrzymie sterty i następnie ładowano na statek. Hrabia przez cały czas załadunku miał zacięty wyraz twarzy, dopiero po załadowaniu rozjaśnił się, a na ustach pojawił mu się tajemniczy uśmiech.
W Hajfie wyszła na jaw Birbante-rocca. Hrabia „nabił” załadowcę firmy „Abulgiben” na dwa wagony deseczek do pomarańcz, których nie uwidocznił w pokwitowaniu. Trzeba je było wyładować normalnie z pozostałymi, tylko że odbiorca - w tym wypadku ten sam załadowca, który „nabił” Hrabiego na dwanaście skrzynek pomarańcz - nie potrzebował płacić frachtu za dwa wagony deseczek. Innymi słowy Hrabia dopomógł swemu nieprzyjacielowi oszukać statek po raz drugi.