Po zakończeniu manewrów ciągle ktoś z pasażerów podchodził i winszował kapitanowi tak świetnego wejścia do portu. Szczęka kapitana przesuwała się za każdym powinszowaniem coraz bardziej na „sztorm”. Jego niezadowolenie było całkowicie uzasadnione. Ten trudny manewr był rzeczywiście wykonany po mistrzowsku. Wbrew pozorom - bez ryzyka. Kapitan umiał doskonale manewrować na dużej fali, a wszystkie bez wyjątku okoliczności dokładnie przewidział i na każdą z nich był przygotowany. Był PEWIEN, że statek bezpiecznie wprowadzi do portu i nic nie pozostawił przypadkowi czy szczęściu.
- Znaczy, co to znaczy? Nie rozumiem, co znaczy tu słowo „szczęście” - powiedział zimno przez zaciśnięte zęby do intendenta, który powtórzył mu” opinię pasażerów na temat wejścia „Polonii' do Konstancy.
Nam, oficerom nawigacyjnym, wejście do portu bez opóźnienia, w przewidzianym ściśle terminie, dawało przez kilka dni możność spania co noc. Sztormowanie bowiem w morzu przez nieokreślony czas, w oczekiwaniu na zmianę wiatru, było połączone z koniecznością trzymania wacht morskich. Ponadto opóźnione przyjście spowodowałoby konieczność wyładowywania i załadowywania statku w ciągu nocy. Ponieważ to nieszczęście nas ominęło, byliśmy w świetnych humorach. Znalazły one wyraz w odnowieniu przez drugiego oficera, deja Oczakowskiego, zapomnianej już przez nas gry w salonowca.
Salonowiec jest grą wybitnie męską. Nikt z nas nigdy nie widział dziewczynek lub dam w nią grających. Kto i kiedy tę grę wymyślił, pozostanie chyba na zawsze tajemnicą. W okresie gdy chodziliśmy do szkół, grano w salonowca z niezwykłą zażartością. Gra polegała na tym, że jeden z kolegów siadał na krześle, drugi schylał się tak, że kładł mu swą twarz na kolanach, poza tym musiał pozwolić zakryć sobie oczy kurtką lub płaszczem, rozesłanym na kolanach siedzącego i trzymającego mu głowę. Pozostali koledzy skupiali się wokół nachylonego i jeden z nich uderzał otwartą .dłonią w to miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Ten, który uderzył, pod żadnym pozorem nie miał prawa się oddalić. Uderzony prostował się i z obowiązującym uśmiechem na twarzy usiłował rozpoznać, kto go uderzył. Jeśli rozpoznał, miał prawo powiększyć grono uderzających, natomiast rozpoznany musiał stanąć na jego miejscu i pozwolić sobie zakryć twarz.
Podglądanie było nie do pomyślenia. Jednakże w zgranym towarzystwie rozpoznanie bijącego nie przedstawiało wielkich trudności, ponieważ pamiętało się siłę i styl uderzenia każdego z grających. Nowicjusz natomiast miewał niekiedy wielkie trudności w odgadnięciu, nie miał jednak prawa przerwać gry samowolnie. Musiał zgadywać aż do głosu zbawczego dzwonka na lekcję, który pozwalał na honorowe wycofanie się z gry, jeśli czas nie był poprzednio określony.
Grę tę wymyślono pewnie dla rozgrzewki oraz zahartowania i uodpornienia się na „branie w skórę” od rodziców za dwójki lub złe zachowanie w szkole.
Niejednokrotnie stwierdzaliśmy na statku, że salonowiec u wielu z nas - dawnych championów tej gry - pozostał jako odruch szczątkowy na widok gotowego do uderzenia obiektu.
Wkrótce po przycumowaniu wypełniałem dziennik okrętowy w nawigacyjnej stojąc schylony nad stołem, na którym w czasie rejsu leżą zazwyczaj mapy. W pozycji tej byłem kuszącym obiektem dla wchodzącego właśnie do nawigacyjnej drugiego oficera. Jako oficer ładunkowy był on najbardziej ucieszony czekającym nas wypoczynkiem. Radość swą wyraził grą w salonowca bez mojej na to zgody. Po uderzeniu, jako wytrawny gracz, wyprostowałem się i uśmiechnąłem lekceważąco na widok radośnie przez niego pocieranych dłoni. Zaciągnąłem dług honorowy, który - jak wszystkie długi honorowe - musiał być spłacony w przeciągu dwudziestu czterech godzin. „Drugi” nie miał pojęcia o dobrym uderzeniu.
- Ale się wyśpimy dzisiaj! - powiedział wesoło, jak gdyby tłumacząc swój radosny nastrój.
- O, i to jak! - przytaknąłem ochoczo, myśląc o rzetelnym spłaceniu, jeszcze w dniu dzisiejszym i w tym samym miejscu, owego długu.
Całe przedpołudnie byliśmy zajęci wyładunkiem, który stał się dla nas czymś w rodzaju hazardu. Uważaliśmy za nieodzowne wyładować wszystko w takim stanie, w jakim dostaliśmy na pokład. Z tego powodu przyjmowanie ładunku wymagało od nas niesłychanej baczności. Załadowywaną na statek skrzynię czy beczkę oglądaliśmy z każdej strony. Naruszone obręcze na beczce z winem mogły bowiem oznaczać,, że pod obręczą został wywiercony otwór, wino wylane i zastąpione wodą. Żółte ślady na skrzyniach z jajami mówiły o tym, że któraś ze skrzyń została mocno uderzona i część jej zawartości wypłynęła.
Na pokwitowaniach, zwanych „kwitami sternika”, oficer ładunkowy stwierdzał przyjęcie na pokład ładunku oraz jego stan. Uwagi umieszczane na kwicie sternika, musiały być uwidocznione na konosamentach[35], które właściciel ładunku mógł nawet sprzedać w porcie przeznaczenia po cenie wartości ładunku przewożonego statkiem.
Początkowo nasze skrupulatne uwagi na kwitach sternika spotykały się z wielkim sprzeciwem załadowców, dopatrujących się w nich chęci poczynienia nadużyć przez nas samych. Zrozumieliśmy stanowisko załadowców, gdy dowiedzieliśmy się, że na niektórych statkach rzeczywiście tak się zdarzało. Jeśli,na przykład w Hajfie napisano w uwagach, że skrzynie z pomarańczami są uszkodzone, to w Konstancy wyładowywano pomarańcze już nie w skrzyniach, lecz w kubłach, nakładając je do nich widłami.
Po trzech podróżach załadowcy nie mieli już nigdy żadnych pretensji do naszych uwag i starali się za wszelką cenę przesyłać towary naszą Lux-Torpedą.
W dopilnowywaniu ładunku w Konstancy doszliśmy do nieznanych tam wyników. Przy wyładowywaniu pomarańcz potrafiliśmy na przykład tak ustawić marynarzy i oficerów z automatycznymi licznikami - nawet przed drzwiami magazynów celnych - że dziesiątki tysięcy skrzyń pomarańcz dochodziły na miejsce przeznaczenia nienaruszone. I to co do jednej! W Małej Azji mówiono o „Polonii” jako o statku słynącym z cudów nie znanych dotychczas w tych portach.
35
Konosament - dokument, w którym armator potwierdza odbiór towarów załadowanych na jego statek i zobowiązuje się do przewiezienia ich do oznaczonego portu.