Выбрать главу

Gdy raz w czasie nocnej inspekcji w smudze światła la­tarki elektrycznej skierowanej na szalupę ujrzałem postać pięćdziesięcioletniego blinda, ten uprzejmie przedstawił mi się ochrypłym głosem jako stary znajomy:

- Za dziecko z panem porucznikiem do Nowego Jor­ku pływałem!

Oznaczało to, że był kiedyś przejściowo zaokrętowany w charakterze chłopaka kuchennego i wykonywał takie roboty, jak obieranie ziemniaków i zmywanie talerzy. Po­czątkowo nasza kompania okrętowa często angażowała jako chłopaków okrętowych ludzi, którzy już bardzo dawno wiek chłopięcy przekroczyli, Oprócz „starego zna­jomego” w tej samej szalupie posilało się jeszcze dwóch jego kolegów. Całe towarzystwo potrafiło przyjechać w pociągu razem z emigrantami z Polski po to tylko, by od­być podróż na „Polonii”. Powrotny, rejs kończyli już w przechowalni dla pasażerów na gapę, a po przyjściu statku do Konstancy zostali odesłani na koszt P.T.T.O[36] do kraju.

Bardziej skomplikowanym pasażerem na gapę okazał się syn pustyni - Beduin. Zauważyliśmy go kiedyś z mostku, jak wychodził z „przechowalni”. Statek był już dłuższy czas w morzu i wiedzieliśmy, że w przechowalni dla pasażerów na gapę nie przebywa na razie nikt.

Powiedział nam, że nazywa się Selim i mieszka w tym locum od dawna. Mówił po angielsku i francusku, tylko nie pamiętał, w jakim porcie wszedł na nasz statek; nie pamiętał też skąd pochodzi. Selim po skończonym przez nas dwutygodniowym rejsie automatycznie zaczął drugi, gdyż policja portów, do których zachodziliśmy, nie chcia­ła go przyjąć. Każdej policji opowiadał z drobiazgową dokładnością zupełnie coś nowego i podawał inne imię.

Po kilku rejsach statek gotów już był zapłacić karę za jego ucieczkę, byle się go pozbyć. Przestaliśmy go pilno­wać i zamykać przechowalnię. Selim nie tylko że nie ucie­kał, ale z niezwykłą punktualnością zjawiał się na posiłki.

Wreszcie wpadliśmy na wspaniały pomysł pozbycia się Selima, który doszedł już do” kilkudziesięciu imion arab­skich, wpisanych do jego teczki. Projekt ten nie został jednak zrealizowany z powodu nieprzychylnego ustosunkowania się i uporu władz rumuńskich. Otóż mieliśmy zamiar kupić wielbłąda, ubrać Selima w strój Beduina i odesłać ten komplet do ogrodu zoologicznego w Warsza­wie. Ale policja w Konstancy powiedziała, że nie wie, na jakie nazwisko ma wystawić wizę, ponieważ nazwisk tych jest kilkadziesiąt.

Potem przyszedł nam na myśl inny pomysł. Selima nie pilnowaliśmy, wobec czego oddaliśmy go do robót bos­manowi. Selim miał pracować na przednim pokładzie pod okiem wachtowego oficera. Bosman Borrasz, niezwykle wymagający i dokładny, powierzył mu oczyszczenie i wy­malowanie windy ładunkowej.

Pokład koło windy miał zacieki z rdzy. Winda z powo­du częstej pracy cała była pokryta smarami i rdzawymi plamami. Po tygodniu zaczęła wyglądać tak, jak gdyby miała być wysłana na wystawę. Farba i smary zostały zdarte, nigdzie nie pozostała na niej ani odrobina rdzy. Bosman dał Selimowi najlepsze farby i lakiery do wyma­lowania windy, ale i bez tego była już wygładzona niczym najbardziej precyzyjny przyrząd na statku. Mosiężne oli­wiarki, umieszczone na windzie, i mosiężne przewody do nich miały lustrzane powierzchnie, w których można się było przejrzeć i które skrzyły się na słońcu jak płomienie. Pokład koło windy został odczyszczony i świecił natural­ną barwą drewna, a wszystkie uszczelnienia pokładu zo­stały poprawione i na nowo zalane pakiem.

Po każdej pracy windy w porcie Selim doprowadzał ją natychmiast do takiego stanu, że mogła otrzymać Grand Prix International.

Był to chyba pierwszy na świecie statek, na którym starszy oficer z radością wstawał o godzinie czwartej na wachtę, by przy świetle Jutrzenki napawać się widokiem windy ładunkowej. Winda w porannym oświetleniu wy­glądała najefektowniej.

Po paru miesiącach wszystkie windy ładunkowe zostały doprowadzone do podobnego wyglądu. Na ich tle nasza potężna winda kotwiczna wyglądała teraz bardzo mizer­nie. Bosman oddelegował więc Selima z kolei do niej.

Winda kotwiczna była zawsze obiektem niezgody po­między „pokładem” i „maszyną”, podobnie jak i dwa na­sze kominy. Kominy starannie pomalowane na żółto sta­nowiły bezsprzecznie największą ozdobę parowców naszej linii. Niestety, z trudem położona na kominach farba czę­sto ulegała spaleniu przez zbytnią gorliwość „maszyny” bez umiaru „hajcującej” w kotłach. Toteż „pokład” ma­rzył o tych dobrych czasach, kiedy nie znano jeszcze ko­minów, maszyn i mechaników. Były żaglowce, a na nich - nawigatorzy. Nawet przejściowy okres, w którym były i żagle, i maszyny, wydawał się lepszy od obecnego, po­nieważ kapitanowie mogli wyrazić swe największe lekce­ważenie mechanikom zatrzymując maszyny i wchodząc do portu pod żaglami.

Na „Polonii” podczas jednej z podróży, w której to Andrzej Strug stale gościł na mostku i kapitan zmuszony był dawać wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie tematy interesujące wielkiego pisarza, usłyszeliśmy kilka słów o mechanikach:

- Znaczy, cisza była największym wrogiem żaglow­ców, a nie sztormy. Długie okresy ciszy, spotykane przez duże żaglowce, były główną przyczyną przedłużania się podróży. Nie sztormy. Z silnymi wiatrami dobrzy mary­narze dawali sobie radę z łatwością, podczas ciszy najle­psi żeglarze byli bezradni. Znaczy, życzono dawniej żegla­rzom wyłącznie silnych wiatrów. Życzenie pomyślnych wiatrów było dla żeglarza największą obrazą i wyraże­niem nieufności dla jego wiedzy żeglarskiej. Znaczy, żą­dza przygód zrodziła nawigatorów. Znaczy, cisza zrodziła maszyny i mechaników.

Widok wyczyszczonych wind ładunkowych rozbudził wyobraźnię naszych mechaników i gdy Selim kończył doprowadzać do świetności windę kotwiczną, do której „maszyna” z niezrozumiałych powodów rościła sobie pewne prawa, mechanicy zażądali, by Selima oddać do maszynowni.

вернуться

36

Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, przemianowane potem na GAL (Gdynia- Ameryka Linie Żeglugowe).