To zadecydowało o ukryciu Selima pod pokładem, w magazynach bosmańskich. W krótkim czasie Selim doprowadził znajdujące się na dziobie statku pomieszczenia do takiego samego wyglądu jak i windy. Znikły najmniejsze plamki rdzy, wszystko zostało zakonserwowane minią i białymi farbami. Nad każdą przegrodą z materiałami przytwierdzona została oprawka z celuloidu, w którą wsunięto karton z nazwą materiału. Pozostawiono też miejsce na wpisanie stanu po każdorazowym rozchodowaniu.
Gdy mieliśmy zamiar przenieść Selima do sterowni na rufie, by ją także doprowadzić do świetności, Selim został rozszyfrowany przez wyjątkowo miłego oficera policji angielskiej w Hajfie, olbrzymiego Irlandczyka Pike'a. Ten, chcąc nas uwolnić od kłopotów z Selimem-Szecherezadą i od jego opowieści z „tysiąca i jednej nocy”, zadał sobie trud, by umiejscowić Beduina i przywrócić mu pamięć. Odkrył, skąd Selim pochodzi i do jakiego szczepu w Egipcie należy.
Pomimo widoku wyczyszczonych wind z radością pożegnaliśmy Selima, którego odesłano do Egiptu. Byliśmy wdzięczni Pike'owi za pomoc w beznadziejnej zdawałoby się sytuacji.
Pikę zanim mnie poznał, zobaczył moje półbuciki, pozostawione przeze mnie na relingu, gdy, chcąc sobie przypomnieć dawne czasy na „Lwowie”, wziąłem kiedyś udział w porannym myciu pokładu. Na ich widok zaczął się dopytywać, gdzie jest człowiek, który chodzi w dingach[37]? Gdy już się poznaliśmy, nie nazywał mnie nigdy inaczej jak „człowiek w dingach”. Ilekroć staliśmy w Hajfie, Pikę wpadał na statek, by porozmawiać i wypić kieliszek wina lub filiżankę kawy.
Kiedyś zapomniano wymienić mi w biurze intendenta starą legitymację wyjściową na nową. Był to okres walk żydowsko-arabskich. Ponieważ chciałem wyjść na ląd, poprosiłem Pike'a, by mi dał jakąś tymczasową legitymację. Oficer wyjął z kieszeni inkrustowany scyzoryk i wręczył mi go mówiąc, że mogę się z nim swobodnie poruszać po całej Palestynie. W wypadku, gdybyśmy się mieli nie zobaczyć przed wyjściem „Polonii” w morze, prosił, abym oddał scyzoryk jednemu z policjantów.
Wychodząc do miasta byłem bardzo ciekaw wrażenia, jakie wywoła ten „list żelazny”. Mijając posterunek przy bramie pokazałem zamiast legitymacji nóż Pike'a. Policjant wyprężył się jak struna i zasalutował, podnosząc dłoń do swej olbrzymiej, karakułowej czapy. Byłem dziecinnie ucieszony wrażeniem, które wywołał scyzoryk. Nie miałem najmniejszej potrzeby ani zamiaru jechać do Akry, jednak pojechałem tam wyłącznie w tym celu, by stwierdzić, na jaką odległość od Hajfy scyzoryk może służyć jako legitymacja.
Akra była strzeżona bardziej niż każde inne miasto, ponieważ znajdowało się tam olbrzymie więzienie. W każdym niemal punkcie, a szczególnie na skrzyżowaniach autostrad, należało się legitymować. Gdziekolwiek pokazałem scyzoryk, efekt był taki sam jak ten, który zaobserwowałem przy bramie prowadzącej z portu do miasta.
Z Akry wróciłem do Hajfy na statek, potem pojechałem na plażę Kaiath Beach. Wspaniała ta plaża posiada rozrywkę w postaci wielkiej ilości krabów, które gnieżdżą się wzdłuż wybrzeża. Gdy plaża jest pusta, bawią się z dala od wody, jeśli natomiast ktoś nadchodzi, kraby szybko biegną do morza, by się ukryć i zakopać w piasku. Jeśli uda się zabiec któremuś drogę i uniemożliwi mu się ucieczkę, wówczas krab unosi się na swych nóżkach, chcąc wydać się możliwie jak największym, podnosi jeden kleszcz do góry i grozi nim jak maczugą temu, kto stanął mu na drodze. Pragnąc się z tymi krabami zaznajomić bliżej, złapałem kilka z nich; zawinąłem do ręcznika, schowałem do teczki i przywiozłem na statek.
Po kolacji zabrałem się do karmienia krabów. Posadziłem je wokół talerza, na który kolejno nalewałem sok z jarzyn i owoców. Kraby wcale się nie bały i nie uciekały. Z powagą i spokojem jadły podawane im potrawy. Najbardziej podobały się krabom lody. Z namaszczeniem, i wytwornie maczały końce kleszczy w zimnym, gęstym płynie i jedną jego kropelkę jak pełny puchar niosły - na podobieństwo rycerzy zakutych w zbroję - do otworu przyłbicy. Nasycone, zaczęły ze sobą baraszkować, jak gdyby chciały zepchnąć jeden drugiego ze stołu. Wówczas wsunąłem każdemu pomiędzy pancerz i nogi wykałaczkę, po czym ustawiłem je naprzeciwko siebie. Kraby natarły na siebie nie wypuszczając w biegu wsuniętej im miniaturowej kopii.
Podobieństwo krabów do rycerzy i sposób ich walki przypomniały mi opowiadania Waltera Scotta o turniejach rycerskich i walkach krzyżowców.
Cały wieczór spędziłem na malowaniu pancerzy moim rycerzom. Srebrzyłem i złociłem ich zbroje, na tarczach grzbietowych malowałem wyimaginowane przez siebie lwy, krzyże, lilie i półksiężyce. Największy krab został upiększony arabeskami w zielonych i złotych odcieniach; otrzymał też dlatego imię jednego z rycerzy muzułmańskich: Salah-el-din-Jussuf-Ibn-Ajub. Na imię to złożyło się prawie tyle imion, ile ich miał nasz Selim, ten który doprowadził do porządku windy. Pozostali „rycerze” nosili nie mniej wspaniałe imiona królów i książąt. Był więc i Guy de Lusignan, i Conrad de Montferrat, i Ryszard Lwie Serce, i August Filip. Umieściłem kraby na noc w tekturowym pudełku w kabinie. W nocy śniło mi się oblężenie Akry i bitwa pod Tyberiadą.
Z rana zajrzałem do krabów. Czuły się znakomicie, zbroje wyglądały pięknie, lśniły od złota i srebra.
Na pokładzie spotkałem Pike'a. Gdy oddawałem mu otrzymany od niego „list żelazny”, powiedział mi dokładnie, ile razy go pokazywałem i gdzie byłem.
Z niecierpliwością czekałem przerwy obiadowej, by urządzić turniej rycerski. Na razie chciałem zrobić tylko próbę, z chwilą jednak pomyślnego jej wyniku pragnąłem pokazać miniaturową wojnę krzyżową innym.
Wyniosłem na mostek lśniących rycerzy i ustawiłem w ordynku. Najpierw mieli się potykać na kopie Salah-el-din-Jussuf-Ibn-Ajub, krócej przez niewiernych zwany Saladynem, z rycerzem Guy de Lusignan.
Obaj rycerze stali już naprzeciwko siebie. Saladyn ruszył z miejsca trzymając kopię tak, by ugodzić w czoło przeciwnika. Guy de Lusignan nie zdradzał wielkiego zapału pomimo pięknej szafirowo-srebrnej zbroi. Widok pędzącego do ataku Saladyna podniecił Ryszarda Lwie Serce o trzech czerwonych lwach na złotej tarczy. Ruszył szybko przeciw złocistemu Saladynowi, jak gdyby spieszył na odsiecz zagrożonemu Guy de Lusignan.
37
Dingi - małe łodzie robocze, używane na statkach do podmalo-wywania burt i tym podobnych robót.