Выбрать главу

W chwili, w której udało mi sie^zatrzymać Ryszarda Lwie Serce, usłyszałem nad sobą dobrze znajomy głos ka­pitana:

- Znaczy, gdzie pan hoduje i rozmnaża te zwierzęta i jak długo już je pan tresuje?

Kapitan stał za mną i przyglądał się wspaniałemu tur­niejowi rycerskiemu. Zadowolony z okazanego przez ka­pitana zainteresowania, wyprostowałem się i odpowie­działem:

- Przywiozłem je wczoraj z Kaiath Beach. Bardzo lu­bią lody. Właśnie teraz naciera Salah-el-din-Jussuf-Ibn-Ajub przeciwko Guy de Lusignan, a ten z boku, który się tak rwie do walki, to Ryszard Lwie Serce.

W tej chwili Saladyn uderzył kopią Guy de Lusignana. Ten sromotnie zawrócił i zaczął uciekać, szukając ratun­ku koło nóg kapitana.

- Znaczy...

Kapitan urwał nagle i odskoczył od pędzącego w jego kierunku pokonanego „rycerza”.

- Znaczy, pan ma niezwykły i nieoczekiwany sposób zabawy. Znaczy, ja nie znoszę towarzystwa gadów i sko­rupiaków. Rozumie pan? Znaczy, mam nadzieję, że pan ich na mostku nie zostawi. Znaczy, żadnego!

KLEJNOTY I PRETORIANIE

W okresie kilkuletniej pracy „Polonii” na Linii Pale­styńskiej miejscem, w którym z powodu letnich upałów spędzaliśmy wiele czasu na towarzyskich rozmowach, by­ła mesa oficerska. Kabiny nasze, umieszczone na najwyższym pokładzie i prażone niemiłosiernie słońcem, stano­wiły wylęgarnię złorzeczeń na brak wentylacji i stale psu­jące się wentylatory elektryczne, którymi opiekował się oficer-elektryk, Filip de Bondi. Mesa natomiast, z powo­du swego położenia na statku, była stosunkowo chłod­nym pomieszczeniem i spędzaliśmy w niej chętnie wolne od służby godziny.

Tematem rozmów były przeważnie wrażenia z ostatnich wycieczek do historycznych miejscowości leżących w oko­licy portów, do jakich zawijaliśmy, lub opowiadania o wesołych wydarzeniach, które miały miejsce w naszej ma­rynarce. Te ostatnie doczekały się nawet technicznej na­zwy „chrząkanie o starych Polakach”, a to z tego powo­du, że większość dialogów wygłaszanych przez bohaterów opowiadań musiała być „chrząkana”, gdyż na statkach pasażerskich nie używało się zupełnie tak zwanej „pol­skiej łaciny”.

Niepisane prawo mesy pozwalało mówić o wszystkim, lecz zabraniało wynoszenia opowiadań na forum publicz­ne. Opowiadania te były dla nas rodzimą skarbnicą hu­moru, lecz nigdy nie miały na celu obmowy czy psucia komuś opinii.

Zgodnie z kodeksem morskim w mesie nie prowadziło się nigdy rozmów na tematy służbowe, religijno-polityczne ani też o znajomych i nieznajomych paniach.

Usiłowania nawigatorów, aby utrzymać w mesie ducha najlepszych tradycji, rozbijały się o opór kolegów-mechaników, których 'nie można było uprosić o przychodzenie na posiłki w czystych mundurach i nierozmawianie na te­maty służbowe.

Osobny problem stanowił w mesie Filip de Bondi, od­czuwający niezaspokojony głód mówienia wszystkiego - wszystkim. Filip uwielbiał i uznawał wyłącznie słowo ży­we. Jedyną jego namiętnością było mówienie, jedynym zmartwieniem - brak tematu. Na statku znał wszystkich i uchodził za encyklopedię wiadomości o całej załodze. Nie uznawał tajemnic i każdą zasłyszaną wiadomość „po­wielał” o każdą napotkaną osobę, która tylko chciała go słuchać. Promieniał cały, gdy go „ładowano” informacja­mi.

Filip cieszył się sympatią mesy, ponieważ potrafił od­tworzyć z pamięci wszystkie usłyszane opowiadania z ży­cia statków i ich załóg. Jeśli chcieliśmy powtórzyć cykl opowiadań usłyszanych od kogoś, kto przestał z nami pływać lub był nieobecny, wystarczyło poprosić Filipa. Ten z niesłabnącym zapałem potrafił po raz setny opo­wiadać ze szczegółami usłyszany przed rokiem wypadek.

Do ulubionych tematów mesy zaliczała się historia trzech pierwszych polskich transatlantyków, do których należała i nasza „Polonia”. Historia ta miała w sobie urok bajki Andersena, a jej bohaterką była piękna kró­lewna duńska, Dagmara.

Dzieciństwo Dagmary i jej starszej siostry Aleksandry upłynęło na rodzinnej wyspie w atmosferze bajek opowia­danych królewnom przez samego Andersena, l tak jak w bajce oczy każdej królewny były zwrócone w inną stronę świata. Piękna Dagmara miała udać się na wschód, pię­kniejsza od niej Aleksandra - na zachód. Czekały na nie największe na ziemi królestwa. Królewna Aleksandra po­wędrowała na zachód i została Królową Mórz.

Jak w smutnej bajce narzeczony pięknej Dagmary - następca tronu wschodniego państwa - zmarł nagle. Umierając zobowiązał swego brata do poślubienia kró­lewny Dagmary, która w ten sposób stała się władczynią największego państwa lądowego. W bajkach niewiele się mówi o okresie szczęścia. Piękna Dagmara została wdo­wą. Pozostały jej - martwy tytuł, martwe klejnoty kró­lewskie i pamięć o wiecznie żywym morzu otaczającym rodzinną wyspę. Martwe klejnoty Dagmara zamieniła na trzy nowe, kipiące życiem transatlantyki[38]. Dalszą swą hi­storię statki te pisały już same na wodach mórz i ocea­nów. Zmieniały bandery, kapitanów i załogi, lecz dla nas, którzy na tych statkach pływaliśmy, nie przestały być nig­dy „klejnotami” królewny Dagmary.

Jak w bajce powróciła królewna Dagmara do ojczyste­go zamku na wyspie, nie przestała jednak interesować się ludźmi morza i zapraszała do siebie każdego, kto mógł opowiedzieć coś o jej „klejnotach”. Gdy na świecie nie stało królewny Dagmary, zainteresowanie „klejnotami” przejął na siebie królewicz z tej samej wyspy.

Trzy „klejnoty” nosiły początkowo nazwy - „Kursk”, „Car”, „Carica”. Wybór nazwy dla pierwszego statku był tematem długich dysput w mesie i zawiłych dociekań. Przeważała opinia, że fonetycznię była to nazwa jak naj­bardziej „morska”. W brzmieniu przypominała słowo „kurs”, a symbolizować mogła nowo obrany kierunek myśli królewny Dagmary. Nazwy pozostałych statków były zrozumiałe.

Po pierwszej wojnie światowej trzy „klejnoty” podnios­ły banderę rodzinnej wyspy królewny Dagmary. Ich zmie­nione nazwy określały nie tylko nowy kurs, którym miały pływać, ale brzmiały jednocześnie jak echa dawnych tytu­łów królewny Dagmary: „Polonia”, „Estonia”, „Lituania”[39].

вернуться

38

Właściwie cztery. Czwarty nie odegrał roli w naszej Marynarce Handlowej.

вернуться

39

Aleksandra (ur. l XI 1844, zm. 20'XI 1925) oraz Dagmara (ur. 26 XI 1847, zm 13 X 1928) - córki króla duńskiego Chrystiana IX. Pierwsza z nich wyszła w 1863 r. za mąż za księcia Walii, późniejszego króla angielskiego Edwarda VII; druga została w 1866 r. żoną następcy tronu rosyjskiego, późniejszego cara Aleksandra III, przyjmując wiarę prawosławną i zmieniając imię na Maria Teodorowna. W 1894 r. zosta­ła wdową i zachowując tytuł „cesarzowej” zamieszkiwała w Rosji do 1919 r., następnie zaś wróciła do Danii. Bardzo interesowała się losem statków pasażerskich, do których budowy przyczyniła się spieniężając na ten cel swoje rodowe klejnoty.