- Zresztą honni soit, qui mai y pense[40] głosi dewiza tego orderu - zakończył.
Ale pasażerowie złożyli protest. Bliźnięta!
Jeśli statek, którym dowodził Szaman, w poniedziałek znajdował się w morzu, oficerowie zapraszali kapitana na lunch do mesy.
Szaman bardzo cenił ten zwyczaj, ponieważ było to coś w rodzaju pojednania się oficerów z kapitanem, wybaczenia wszystkich doznanych uraz - bo bez zgody wszystkich oficerów, którzy jadali w mesie, zaproszenie takie nie mogło mieć miejsca. Szaman zjawiał się w mesie rozpromieniony, a za nim wchodził steward kapitański, „Kazio”, z tacą i ustawionymi na niej butelkami oraz kieliszkami.
Podczas uroczystej chwili, gdy wszystkie kielichy były wzniesione do góry, najmłodszy z oficerów nie obliczył mającego nastąpić przechyłu statku i parę kropel wina spadło na podłogę.
Widząc to kapitan, tubalnym swym głosem, dochodzącym z dwumetrowej niemal wysokości, taką dał młodemu nawigatorowi wskazówkę:
- Kochany mój, jeśli rozerwiesz sznur pereł, perły rozsypią się po ziemi. Możesz je zawsze zebrać. Kropel wina nigdy. Są na zawsze stracone!
Szaman był poliglotą. Według swoich obliczeń mówił dwunastoma językami. Z każdym pasażerem i z każdym odwiedzającym go na statku rozmawiał w jego ojczystym języku. W okresie zastępstwa trafiłem kiedyś pod rządy Szamana. W podróży tej podejmował on na statku królewicza duńskiego, spadkobiercę uczuć morskich pięknej królewny Dagmary. Tak się złożyło, że w czasie pobytu na statku dostojnego gościa znalazłem się w zasięgu wzroku i w orbicie zainteresowania Szamana. Przedstawił mnie następcy tronu, nie przestając ani na chwilę mówić w jego ojczystym języku. Nie potrzebowałem się odzywać, gdyż .Szaman i tak nie dopuścił mnie do słowa. Czekałem tylko na odpowiedni moment, by powiedzieć cały zasób znanych mi słów w języku królewskiego gościa i „prysnąć”. Gdy w „oczarowywaniu” królewicza przez Szamana nastąpiła pauza, wymamrotałem przygotowane zdanie i pożegnałem, jak umiałem najwytworniej, następcę tronu.
Kiedy znalazłem się sam na pokładzie, nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić i czy Szaman nie wydał mi przypadkiem po duńsku jakiegoś zlecenia. Postanowiłem nie pokazywać się, zanim królewicz nie opuści statku. Na wypadek nieporozumienia z kapitanem przygotowałem sobie na obronę uzasadnienie nieobecności mniej więcej takie, iż zrozumiałem, że królewicz nie przyjdzie do zamku na obiad i że kapitan kazał mi zawiadomić królową-matkę. Jednakże królowej nie zastałem w zamku, ponieważ pojechała na otwarcie żłobka.
Z Szamanem spotkałem się dopiero przed wyjściem w morze. Powiedział mi:
- Kochany mój, bardzo dobrze odpowiedziałeś, bo właśnie oświadczyłem następcy tronu, iż dla uczczenia pamięci królewny Dagmary wszyscy oficerowie na statku znają jej mowę ojczystą.
Trochę było w tym prawdy. Przedtem nim na statkach zmienili się kapitanowie, w czasie stopniowego przechodzenia jednostek pod banderę polską przysłano na asystentów tych, którzy mieli na nich zostać oficerami. Dyrektorami kompanii i inspektorami przez długie lata byli Duńczycy. Siłą rzeczy trzeba się więc było trochę tego języka nauczyć. Kapitanowie Duńczycy starali się mówić do asystentów Polaków po angielsku, ale w praktyce mówili z bardzo silnym duńskim akcentem.
W jednej z podróży do Ameryki Północnej na mostku „Polonii” stał na wachcie jako asystent nasz kolega z tczewskiej Szkoły Morskiej - Szermierz.
Zimowy, słoneczny ranek. Cisza. Na trawersie z prawej burty widać było na horyzoncie czarny punkcik - Cape Race.
Na mostek wszedł kapitan Rasmussen, w olbrzymiej futrzanej czapie. Popatrzył przez lornetkę na latarnię Cape Race, a potem zwrócił się do Szermierza po angielsku, z duńskim akcentem:
- Fajeeee wheeseee!
Szermierz natychmiast służbiście powtórzył:
- Fajee whiiiii!
Podszedł do dźwigni statkowego gwizdka i pięć razy zagwizdał.
Pięć obłoków pary wyleciało z olbrzymiej gardzieli umieszczonej na przednim kominie. Potężny głos wstrząsnął powietrzem.
Gdy Szermierz zakończył „gwizdanie”, kapitan zawołał go do siebie i spytał z zaciekawieniem:
- Dlaczego gwizdaliście?
- Przecież pan kapitan przed chwilą powiedział five whistles[41].
- Nic podobnego nie mówiłem - odpowiedział ucieszony kapitan. - Ja powiedziałem fine weather[42].
Na drugim „klejnocie” rozpoczynał służbę jako asystent inny absolwent Szkoły Morskiej - potomek deja akermańskich Tatarów Deyczakowski młodszy.
Starszy Deyczakowski, zwany „Długim”, był jednym z pierwszych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie i zdążył jeszcze odbyć kilka podróży na dużych, oceanicznych żaglowcach francuskich. Żaglowiec zatonął na Biskaji, a Długi przyszedł na „Lwów” jako oficer, przynosząc ze sobą opowieści o zwyczajach sous les voiles de long-courriers[43].
Młodszy Dej zrobił akurat pół dyplomu akademii górniczej i pociągnięty opowiadaniami brata trafił na „Lwów”. Pierwszy trening pod żaglami odbywał na kupionej przez brata żaglówce, na Zatoce Gdańskiej, jeszcze przed wstąpieniem do szkoły. W pewnej chwili żaglówka, lawirując koło stojącego na kotwicy „Lwowa”, położyła się na wodzie i zatonęła. Na powierzchni zostały tylko dwie głowy Dejów. Starszy nie przestawał instruować młodszego, tak jakby w dalszym ciągu siedzieli na żaglówce:
- Widzisz teraz sam, gdybyś puścił szot, tak jak ci mówiłem, byłoby prawidłowo!
Młodszy Dej skończył Szkołę Morską ze złotym zegarkiem i po paru latach trafił na jeden z „klejnotów” jako asystent. Kapitan Duńczyk nie podejrzewając, że ma pod swymi rozkazami samego niemal Azję Tuhaj-bejowicza, kazał mu pewnego razu sprzątnąć zastawę do kawy, przyniesioną na mostek przez stewarda. Asystent, wdrożony do słuchania rozkazów, nie chcąc jednakże nic uronić z godności dejów, nie namyślał się ani chwili i na oczach zdumionego kapitana całą zastawę srebrną i porcelanową wraz z olbrzymią tacą sprzątnął... za burtę. Do morza!
ZNACZY KAPITAN dowodził trzecim „klejnotem”, transatlantykiem „Polonia”. Znany jeszcze z okresu dowodzenia statkiem szkolnym „Lwów” z żelaznej dyscypliny i surowości, budził postrach wśród naszych kolegów. Jeśli ktoś z innego „klejnotu” miał przypadkowo zastępstwo na „Polonii”, liczył godziny i minuty do jego zakończenia. Kilku z nas, którzy wytrzymywali ten rygor i czuli się dobrze pomimo całej surowości kapitana, uważało się za braci sjamskich, solidarnie przyjmujących na siebie wszystkie niespodzianki losu.
43