Trosk naszych nie ujawnialiśmy na zewnątrz, niemniej jednak zasłaniały nam one skutecznie czarujące postacie pań. Panie przyjęły to widocznie jako lekceważenie ich kobiecości. Zjawiały się na wachtę razem z nami i „trwały” cały czas, siedząc na przyniesionych leżakach lub na relingach. K,ażda miała wyraz kobiety zdecydowanej zostać Madame Butterfly. Wszystkie operacje przeprowadzały zgodnie i zbiorowo. Niektóre były w kostiumach kąpielowych, inne w przewiewnych i szerokich szortach.
Trudno było powiedzieć, który strój był „niebezpieczniejszy”. Panie w zasadzie „tylko” się opalały. Ale opalały wszystko, niekiedy w pozach niewygodnych dla siebie, ale zabójczych dla nas. Chcąc być jak najbliżej słońca, potrafiły układać się tuż przy kompasie, z którego braliśmy namiary.
Gdy zobaczyły, że usiłujemy nie patrzeć na nie przy braniu namiarów czy wysokości słońca - część z nich przeniosła się na drugą ładownię, która znajdowała się tuż pod oknami mostku.
Najbardziej wrażliwym okazał się nasz najmłodszy, szósty oficer. Chłopiec o duszy poety odmówił wychodzenia dla brania namiarów w dzień i nie podchodził do okien na mostku. Wreszcie, gdy panie zaatakowały mocniej, oświadczył, że to jest „zajazd” i że nic robić nie będzie, bo mostek to Soplicowo oblegane przez „Horeszkówny”. Przed każdym oknem mostku - zaścianek, a koło skrzydeł mostku czyha „niedźwiedź, mospanie”.
Przed przejściem przez Cieśninę Messyńską przewertowaliśmy „Odyseję”, spodziewając się, że na mostku będziemy mieli gości zaopatrzonych w baedekery i opisy tych miejsc, przez które mamy przechodzić. W oczekiwaniu na nieodłączne pytania uzbroiliśmy się nawet w najstarsze żeglarskie przysłowie: Incidit in Scyllam, qui vult viiare Charybdim[44]. W zanadrzu mieliśmy między innymi wyjaśnienie, że wiry zwane Garofali, wytworzone wskutek prądu pływowego Montante, noszą odwieczne nazwy Scylla oraz Charybda i są po dziś dzień niebezpieczne dla małych jednostek.
Starożytnego żeglarza, znużonego walką z prądami, wabiły cieniste lasy Kalabrii, ale zbliżenie się do brzegów znaczyło niechybną śmierć w wirach u stóp niedostępnych skał. Ptaki były fylko swobodne i przelatując nad niebezpieczeństwem kusiły do naśladowania. By wzmocnić ich czar wabienia, Homer kazał im przybrać postacie pół-kobiet, pół-ptaków. A Odyseusz, aby stać się głuchym na ich wołanie, kazał zakleić swej załodze uszy, sam zaś przywiązał się do masztu. Po dziś dzień każdy kapitan związany jest artykułami „Przepisów drogi na morzu”, zabraniającymi mu zmiany kursu wyłącznie na podstawie zdradliwego głosu syreny.
Ale oto już z lewej burty widać stożek Etny. Wchodzimy do cieśniny. Kapitan po raz pierwszy na tym odcinku podróży przebywa dłużej na mostku. Widząc oblegające mostek panie - ocenia w lot grożące nam niebezpieczeństwo:
- Znaczy, ja sądzę, że dobrze by było, gdyby panowie sobie uszy zatkali woskiem.
W odpowiedzi pokazujemy kapitanowi luk drugiej ładowni, wyjaśniając, że w tym wypadku wosk nic nie pomoże.
- Znaczy, rzeczywiście, tak sobie można wyobrazić raj Mahometa.
Rozmowę przerywa wejście na mostek paru zaproszonych przez kapitana osób, z ministrem na czele. W pamięci jak żywe stają mi fiordy Norwegii i historia z Quanto Costo. W dodatku minister zwraca się do mnie z zapytaniem, czy widoczna latarnia morska ma związek z „Odyseją”, czy może ma jakieś inne historyczne znaczenie? Minister nosi szpakowatą brodę, a tuż obok skaliste brzegi Kalabrii. Pokusa, by zabłysnąć przed dostojnikiem czymś nieoczekiwanym, jest straszna. Już mam gotową odpowiedź, lecz w tej chwili kapitan, który obserwował latarnię przez lornetkę, odejmuje ją od oczu i sam zwraca się z wyjaśnieniem:
- Znaczy, Hannibal, uchodząc z Italii na statku, zobaczył ten cypel. Pilot powiedział mu, że to cypel wyspy Trinacrii, Sycylii. Hannibal będąc przekonany, że pilot jest w zmowie z Rzymianami, kazał go zamordować. Lecz gdy się przekonał, że pilot mówił prawdę, nazwał ten cypel jego imieniem, Pelorus. Imię to zostało następnie użyte do nazwania przyrządu powszechnie dzisiaj używanego, skonstruowanego przez oficerów marynarki brytyjskiej, Frienda i Browninga, w 1854 roku. Znaczy, jest to coś w rodzaju róży kompasowej bez magnesów. Jeżeli pana ministra przyrząd ten interesuje, to po przejściu cieśniny natychmiast pokażemy...
Podczas przejścia całej cieśniny już nie chciało mi się więcej dawać żadnych wyjaśnień. Kapitan okazał się lepiej przygotowany od nas. I to bez dodatku własnej fantazji.
Nieznajomość żyrokompasu Sperry nie przestaje nas gnębić, a skutki tego nie każą na siebie długo czekać. Przy każdym sprawdzaniu poprawki jego różnią się coraz bardziej. Duża szybkość statku zmusza nas do ciągłego kontrolowania wskazań kompasu magnetycznego i bąkowego. Staramy się co kwadrans mieć określoną poprawkę. Przy tej szybkości w przeciągu piętnastu minut przebywamy pięć mil.
W nocy, w drodze z Palermo do Algieru różnica z dwóch stopni skacze nagle do dziewięćdziesięciu. Zamiast na zachód idziemy pełną szybkością w ląd afrykański. W porę zauważony błąd mógł w najgorszym wypadku spowodować zejście z kursu o pięć mil. Przechodzimy na sterowanie według kompasu magnetycznego. Jeszcze raz określamy poprawkę kompasu z gwiazd i meldujemy kapitanowi przez staroświecką szprechrurę - „przyrząd” ten bierze początek przy jednym z okien mostku, a kończy się przy poduszce kapitana - że Sperry wykazuje różnicę dziewięćdziesiąt stopni, wobec czego musieliśmy „żyro” zatrzymać. Sterujemy według kompasu magnetycznego, którego poprawkę tylko co określiliśmy. W najgorszym wypadku możemy być o pięć mil na południe od kursu. Jest bezchmurnie i cisza, gdy tylko ukaże się horyzont, będzie można określić pozycję. „Dziękuję” kapitana zatwierdza powrót do starego, lecz niezawodnego kompasu magnetycznego.
W Algierze spotykamy się z przestarzałym nieco luksusem stoczni angielskich. Reprezentuje go motorowiec pasażerski „Doric”. Nie zwracamy na niego nawet uwagi. Żaden statek, który ma mniejszą szybkość od dwudziestu węzłów, nie jest godzien naszego zainteresowania.
Pasażerowie „zwiedzają się” wzajemnie. Nas nie interesuje nic poza kompasem Sperry. Już niby chodzi i niby coś wskazuje, nawet prawidłowo. Ale grzeje się, jest ciepły. Mamy ochotę go rozebrać, jednak przezorniejsi twierdzą, że - jak zawsze - okaże się później, iż ma zbyt dużo części i nie będziemy wiedzieli, co z nimi zrobić.
44